Ładowanie

Polityka i nienawiść

Do pisania często skłaniają mnie emocje. Muszę się w jakiś sposób wykrzyczeć.

Zacznijmy więc brutalnie.

Jeśli dziś złość Polaków ląduje na Ukraińcach, a nie na Putinie, to oznacza, że właśnie bardzo skutecznie przestawiono im wajchę w mózgu.

Fakty są takie, że to Rosja napadła na Ukrainę, bombarduje miasta, morduje cywilów i wypchnęła miliony ludzi z domów, a mimo to w polskim internecie coraz częściej winni okazują się… Ukraińcy. Nie Kreml, nie Putin, tylko właśnie Ukraińcy.

To nie jest przypadek. To jest majstersztyk propagandy: wziąć ofiarę, zrobić z niej problem, schować agresora w tle, a potem patrzeć, jak tłum sam dopisuje resztę.

„Mają za dobrze”, „są niewdzięczni”, „zabierają Polakom”, „to nie nasza wojna”, „banderowcy” – kilka takich haseł wystarczy. Gotowe. Wróg znaleziony. Myślenie można wyłączyć.

Tak, Ukraina popełnia błędy. Tak, Wołyń i UPA są dla Polaków sprawą bolesną. Tak, mamy prawo domagać się szacunku dla naszej historii.

Ale krytyka Ukrainy to jedno.

A kreowanie nienawiści wobec Ukraińców jako ludzi to coś zupełnie innego.

I trzeba być ślepym, żeby nie widzieć, że ktoś bardzo chce, aby Polacy przestali widzieć w Ukraińcach ludzi uciekających przed wojną, a zaczęli w nich widzieć pasożyta, wroga, banderowca i „problem do rozwiązania”.

Jak to możliwe, że jeszcze niedawno oddawaliśmy Ukraińcom swoje ubrania, otwieraliśmy przed nimi drzwi mieszkań i dzieliliśmy się jedzeniem, a dziś coraz częściej słychać głosy, że należałoby ich stąd wyrzucić na zbity pysk? Jak można było przejść od odruchu solidarności do takiej skrajnej wrogości?

Według OECD (Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju) 39% dorosłych Polaków ma niski lub prawie żaden poziom rozumienia tekstu.

Większość Polaków nie przeczytała w ciągu roku ani jednej książki. W kompetencjach cyfrowych też jesteśmy poniżej średniej UE.

Większość naszych rodaków ma problem z przeczytaniem ze zrozumieniem tekstu, który liczy więcej niż dwa, trzy akapity.

Można spytać – co to ma do rzeczy?

Otóż smartfon z Facebookiem w kieszeni nie czyni z człowieka świadomego obywatela.

Czasem robi tylko szybszy kanał dostawczy dla propagandowego syfu.

I dlatego wystarczy kilka haseł, kilka memów, kilka wrzasków w mediach, kilka „patriotycznych” min i już gniew idzie nie tam, gdzie powinien.

Nie na agresora, lecz na ofiarę. Nie na Putina, ale na Ukraińca z mieszkania obok. To jest właśnie populizm w najczystszej postaci. Nie wyjaśnia świata, nie rozwiązuje problemów i nie szuka prawdy. On tylko podsuwa wroga.

I to prowadzi do finalnego wniosku, być może znacznie bardziej niewygodnego w odbiorze.

Demokracja, w której obywatele nie posiadają podstawowych kompetencji związanych z rozumieniem informacji, analizą faktów i logicznym myśleniem, staje się karykaturą samej siebie.

Świadomy wybór nie polega na tym, że głosuje się pod wpływem chwilowych emocji, opinii szwagra, internetowego mema czy osobistej, niczym nieuzasadnionej niechęci do jakiegoś kandydata.

Prawdziwy obywatel powinien umieć odpowiedzieć nie tylko na pytanie „kogo lubię”, ale przede wszystkim „jakie będą skutki mojego wyboru”.

Powinien potrafić logicznie uzasadnić swoją decyzję, wskazać potencjalne korzyści i zagrożenia, odwołać się do faktów, analiz i argumentów, a nie wyłącznie do gniewu, strachu czy plemiennej lojalności.

Demokracja nie jest konkursem popularności ani wojną emocji.

Jest systemem, który zakłada istnienie świadomych, rozumujących obywateli.

Jeżeli zamiast tego mamy masy kierujące się wyłącznie emocjami i wskazanym przez propagandę wrogiem, to nie otrzymujemy prawdziwej demokracji, lecz jej groteskową imitację.

Historia wielokrotnie pokazała, dokąd prowadzi społeczeństwo, które przestaje myśleć, a zaczyna jedynie nienawidzić.

Najpierw wskazuje się winnych, potem odbiera im człowieczeństwo, by w końcu działy się rzeczy, które kolejne pokolenia nazywają już tylko jednym słowem: barbarzyństwo.

Cywilizacja nie upada wtedy, gdy brakuje technologii. Albo chleba. Cywilizacja upada wtedy, gdy logika przegrywa z emocją, a człowiek przestaje pytać „czy to prawda?”, a zaczyna pytać jedynie: „Kogo mamy nienawidzić?”

I właśnie dlatego warto przyglądać się tym, którzy najgłośniej próbują przekierować gniew z agresora na ofiarę.

Bo trudno nie zauważyć, że część środowisk politycznych czy mediów, takich jak wRealu24, TV Republika, Konfederacja czy Konfederacja Korony Polskiej, bardzo chętnie eksponuje wszystkie możliwe zarzuty wobec Ukrainy i Ukraińców, jednocześnie niezwykle oszczędnie obchodząc się z krytyką samej Rosji i odpowiedzialności Kremla za wywołanie tej wojny.

Można oczywiście krytykować politykę Ukrainy. Można mówić o sporach historycznych. Można dyskutować o kosztach pomocy.

Ale jeśli ktoś nieustannie mówi o tym, jak bardzo winni są Ukraińcy, a niemal nigdy nie mówi o tym, że to Rosja napadła na sąsiedni kraj, to warto zadać sobie bardzo proste pytanie:

Dlaczego?

Dlaczego tak bardzo zależy mu na tym, abyśmy skupili swoją złość właśnie na Ukrainie?

Dlaczego agresor znika z obrazu, a cała uwaga kierowana jest na ofiarę?

Dlaczego?

Odpowiedź na to pytanie może nam powiedzieć więcej o nadawcy takiego przekazu niż o samej Ukrainie.

I w tym kontekście uważam, że w prawdziwie demokratycznym kraju rozpowszechnianie treści zachęcających do pogardy i nienawiści powinno spotykać się z jednoznacznym społecznym sprzeciwem, a ich autorzy powinni być publicznie demaskowani i piętnowani jako ludzie szerzący szkodliwe kłamstwa i świadomie zatruwający debatę publiczną.

W demokracji trzeba pamiętać, że wolność słowa nie oznacza obowiązku traktowania propagandy z takim samym szacunkiem jak prawdy. I że nie wszystkie treści są dozwolone i moralne.

Opublikuj komentarz