Putin właśnie dostał prezent. I nawet nie musiał o niego prosić.
Pokusiłem się o małą analizę sprawy odebrania orderu Orła Białego. Starałem się być maksymalnie bezstronny i rozważać tylko to co za tym idzie od strony poliyki i gospodarki oraz spróbować spojrzeć na możliwe konsekwencje w przyszłości.
A więc, o co chodzi?
Polska odbiera Zełenskiemu Order Orła Białego.
Zełenski order odsyła.
Ukraińscy politycy zaczynają odsyłać polskie odznaczenia.
Media zagraniczne piszą o kryzysie między sojusznikami.
Rosyjska propaganda może tylko nalać szampana i włączyć nagrywanie.
I teraz najważniejsze: to nie jest prosta historia o tym, że „Nawrocki ma rację” albo „Zełenski ma rację”. To jest dużo brudniejsze, dużo groźniejsze i dużo bardziej politycznie zatrute.
Bo prawda jest taka, że „obie strony dotknęły realnego problemu, ale zrobiły to w sposób, który strategicznie szkodzi i Polsce, i Ukrainie”.
Zacznijmy od rzeczy podstawowej.
Dla Polski UPA nie jest jakąś „kontrowersyjną formacją z trudnej historii”. UPA jest symbolem rzezi wołyńskiej, mordów na cywilach, wsi palonych razem z ludźmi, kobiet, dzieci i starców zabijanych nie dlatego, że walczyli, tylko dlatego, że byli Polakami.
Dlatego nazwanie ukraińskiej jednostki wojskowej imieniem „Bohaterów UPA” było polityczną głupotą albo moralną ślepotą. Można rozumieć, że Ukraina w czasie wojny buduje własne mity oporu. Można rozumieć, że dla części Ukraińców UPA funkcjonuje w zupełnie innym kodzie historycznym niż dla Polaków. Ale nie można udawać, że Polska ma na to tylko wzruszyć ramionami i powiedzieć: „no trudno, taka specyfika sąsiada”.
Nie.
Nie ma w Polsce zgody na gloryfikowanie formacji odpowiedzialnej za mordowanie polskiej ludności cywilnej.
Nie ma zgody na europejskie wartości z portretem Bandery w tle.
Nie ma zgody na udawanie, że pamięć ofiar ma być wiecznie zamiatana pod dywan, bo akurat trwa wojna.
I tutaj Nawrocki trafił w nastroje większości Polaków w sposób doskonały.
Tyle że potem zamiast chirurgicznego cięcia zrobił polityczny pokaz z maczetą.
Odebranie Orderu Orła Białego Zełenskiemu to nie jest zwykła notka dyplomatyczna. To nie jest wezwanie ambasadora. To nie jest twardy komunikat w sprawie ekshumacji, pochówków i polityki pamięci. To jest publiczne cofnięcie najwyższego polskiego symbolu uznania wobec prezydenta kraju, który od kilku lat walczy z Rosją.
I tu zaczyna się problem.
Bo ten order nie wisiał w próżni. Został nadany Zełenskiemu jako symbol uznania dla oporu Ukrainy, dla obrony Europy przed rosyjskim imperializmem, dla tego momentu, w którym Ukraina nie uciekła, nie skapitulowała, nie rozpadła się po trzech dniach, tylko zatrzymała rosyjską machinę na swojej ziemi. Dla bohaterstwa i dla podziwu, że wobec potencjalnie silniejszego wroga, Ukraina z Zelenskim potrafiła wznieść się na wyżyny.
Odbierając ten order, Nawrocki może mówić: „to nie jest przeciwko Ukrainie, to jest przeciwko gloryfikacji UPA”.
Ale świat zobaczy prostszy obrazek.
Polska odbiera order prezydentowi Ukrainy.
Prezydent Ukrainy odsyła order.
Sojusznicy się kłócą.
Moskwa się uśmiecha z pobłażaniem.
I to jest właśnie polityczny dramat tej sytuacji: bo z jednej strony można mieć rację moralną w sprawie Wołynia, a jednocześnie z drugiej zrobić strategiczny błąd w sprawie bezpieczeństwa Polski. Pytanie – co jest ważniejsze? Racja czy dobrostan obywateli?
Bo Polska nie leży obok Szwajcarii. Polska leży obok wojny. Polska ma za wschodnią granicą państwo, które własną krwią zatrzymuje Rosję. I tak, z tym państwem mamy trudną historię. Tak, mamy prawo domagać się prawdy, ekshumacji, pochówków i końca kultu UPA. Ale powinniśmy też rozumieć, że jeśli Polska i Ukraina zaczną publicznie walić się po twarzach orderami, nazwami jednostek i historycznymi ranami, to jedynym prawdziwym zwycięzcą będzie Kreml.
Rosja nie potrzebuje czołgu, żeby wejść między Polskę i Ukrainę.
Wystarczy jej pamięć historyczna użyta jak łom.
Wystarczy urażona duma.
Wystarczy polityk, który chce być twardy.
I drugi polityk, który chce pokazać, że nie da się upokorzyć.
A potem cała robota robi się sama.
Nawrocki zyskał krótkoterminowo. To oczywiste. W Polsce jest ogromna grupa ludzi, którzy mają dość ukraińskiej arogancji w sprawach historycznych, zbożowych, transportowych, socjalnych i dyplomatycznych. Dla nich ta decyzja brzmi jak: „nareszcie ktoś powiedział dość”.
I to działa. Politycznie i wizerunkowo działa nawet bardzo dobrze.
Tylko że polityka nie kończy się na lajku pod postem i triumfalnym „zaorane”. Państwo to nie fanpage. Bezpieczeństwo to nie komentarz pod filmikiem. A geopolityka nie nagradza za to, że ktoś pięknie przywalił przeciwnikowi w studio telewizyjnym.
Długofalowo Nawrocki ryzykuje czymś dużo większym: utratą pozycji Polski jako naturalnego lidera polityki wobec Ukrainy. Polska mogła być bramą do odbudowy Ukrainy. Mogła być głównym zapleczem logistycznym, gospodarczym, politycznym i militarnym. Mogła zarabiać na odbudowie, współdecydować o granicach przyszłego bezpieczeństwa regionu, być państwem, którego nie da się ominąć.
Ale jeśli Kijów zacznie widzieć Warszawę nie jako trudnego, ale koniecznego partnera, tylko jako kraj, który w każdej chwili może odpalić historyczną bombę, to spora część ukraińskich elit zacznie szukać innych dróg: przez Berlin, Paryż, kraje bałtyckie, Skandynawię, Brukselę, Waszyngton.
Geografia nadal będzie po naszej stronie. Ale klimat polityczny już niekoniecznie.
Zełenski też nie wychodzi z tej historii czysty.
Odesłanie orderu jest zrozumiałe emocjonalnie. W jego narracji order nie był tylko dla niego, ale dla walczącej Ukrainy. Skoro Polska go odbiera, on odpowiada: nie będziemy przyjmować symbolu, który teraz służy do naszego publicznego upokorzenia.
Problem w tym, że Ukraina nie może jednocześnie oczekiwać od Polski bezwarunkowej solidarności i ignorować polskiej traumy historycznej. Nie może mówić: „jesteście naszymi najbliższymi sojusznikami”, a potem budować wojskowe symbole na czymś, co dla Polaków oznacza ludobójstwo.
To nie jest partnerstwo.
To jest proszenie o przyjaźń z ręką zaciśniętą na cudzym grobie.
Zełenski krótkoterminowo może zyskać w Ukrainie. Pokaże się jako przywódca, który nie pozwala obrażać państwa w czasie wojny. To ma siłę. Naród walczący o przetrwanie lubi gesty dumy.
Ale długofalowo może właśnie wpakować Ukrainę w pułapkę. Bo Polska jest i będzie jednym z państw, które mogą warunkować drogę Ukrainy do Unii Europejskiej. A temat UPA, ekshumacji i pamięci ofiar nie zniknie. Przeciwnie, po tej awanturze będzie wracał jeszcze mocniej.
I teraz najważniejsza część: co się stanie w zależności od wyniku wojny?
Jeśli Ukraina wygra, Nawrocki może zostać zapamiętany jako polityk, który w najważniejszym momencie historycznym pokłócił Polskę ze zwycięskim, uzbrojonym, odbudowywanym państwem sąsiednim. Ukraina ze zwycięstwa wyjdzie z ogromnym kapitałem moralnym. Zełenski, nawet jeśli politycznie osłabiony, pozostanie symbolem oporu. A Polska będzie tłumaczyć światu, że odebrała mu najwyższe odznaczenie nie dlatego, że była przeciw Ukrainie, tylko dlatego, że chodziło o UPA. Dla nas to rozróżnienie będzie oczywiste. Dla świata już niekoniecznie.
Jeśli Rosja wygra, będzie jeszcze gorzej. Wtedy każdy gest rozbijający jedność antyrosyjską zostanie po latach odczytany jako element większej porażki. Nikt rozsądny nie powie, że sprawa orderu przesądziła o wyniku wojny. To byłoby zwyczajnie głupie. Ale też stanie się ten gest symbolem błędnej hierarchii celów: w czasie, gdy Rosja mieliła Ukrainę, Polska i Ukraina zaczęły publicznie rozgrywać historyczną wojnę na ordery.
Jeśli wojna zostanie zamrożona, czyli najbardziej prawdopodobnie nie będzie ani pełnego zwycięstwa Ukrainy, ani pełnego zwycięstwa Rosji, wtedy ten konflikt zostanie jak drzazga pod paznokciem. Niby da się żyć. Niby da się współpracować. Niby granica działa, handel działa, wojsko działa, dyplomacja działa. Ale przy każdym sporze o zboże, transport, uchodźców, świadczenia, odbudowę, Unię Europejską i ekshumacje, ktoś znowu powie: „pamiętacie order?”.
I właśnie dlatego ta sprawa jest tak toksyczna.
Bo ona nie rozwiązuje problemu Wołynia.
Nie przyspiesza ekshumacji.
Nie wymusza mądrzejszej polityki historycznej Ukrainy.
Nie wzmacnia pozycji Polski w rozmowach o odbudowie.
Nie poprawia bezpieczeństwa kraju.
Nie zbliża nas do strategicznego celu, którym jest słaba Rosja i bezpieczna Polska.
Za to daje paliwo emocjom, propagandzie i politycznemu teatrowi.
W moje opinii najbardziej uczciwa ocena jest taka:
Nawrocki miał rację, że Polska nie może milczeć wobec gloryfikacji UPA.
Zełenski miał rację, że odebranie orderu w czasie wojny wygląda jak publiczne upokorzenie Ukrainy.
Nawrocki nie miał racji, wybierając gest tak efektowny ale zarazem tak destrukcyjny.
Zełenski nie miał racji, pozwalając, by ukraińska symbolika wojskowa uderzała w polską pamięć o pomordowanych.
Obaj zagrali pod własną publiczność.
Obaj mogą krótkoterminowo coś zyskać.
Oba państwa strategicznie na tym tracą.
A Putin?
Putin nie musi już nawet pisać scenariusza.
Wystarczy, że patrzy, jak dwaj sojusznicy kłócą się o symbole, podczas gdy rosyjski imperializm nadal robi to, co robi od wieków: czeka, aż narody między Berlinem a Moskwą zaczną rozgryzać własne rany zamiast patrzeć na ręce temu, kto te rany od pokoleń wykorzystuje.
Pamięć Wołynia nie może być sprzedana za geopolityczny spokój.
Ale bezpieczeństwo Polski nie może być spalone na ołtarzu politycznego gestu.
I tu właśnie jest dramat.
Bo dojrzała polityka powinna umieć powiedzieć Ukrainie twardo:
„Nie będzie zgody na kult UPA. Będą ekshumacje. Będzie prawda. Będzie pamięć ofiar. Bez tego nie ma pełnego pojednania”.
Ale ta sama dojrzała polityka powinna też umieć dodać:
„Nie rozwalimy przy tym frontu przeciw Rosji, bo Polska nie jest luksusowym obserwatorem historii. Polska jest krajem granicznym. A kraje graniczne płacą za głupotę nie lajkami, tylko krwią, pieniędzmi i bezpieczeństwem własnych dzieci”.
Dlatego ta decyzja może być moralnie zrozumiała, ale strategicznie bardzo, ale to bardzo niebezpieczna.
I dlatego najkrótsze podsumowanie brzmi tak:
Nawrocki zagrał Wołyniem. Zełenski zagrał godnością Ukrainy. A Putin dostał materiał propagandowy za darmo.
Dodam tu na końcu tylko tyle, że obecnie armia ukraińska jest jedną z najlepszych w Europie, jeśli nie na świecie. I naprawdę lepiej mieć w Ukrainie oddanego sojusznika, niż zakamuflowanego przeciwnika. Zwłaszcza w kontekście imperialistycznych zapędów Rosji.



Opublikuj komentarz