Usłyszałem ostatnio od bliskiego kolegi, może przyjaciela, choć nie lubię tego słowa, bo niesie za sobą zbyt duży ładunek, który czasem trudno jest zweryfikować, o jego kłopotach z lekarzami. Z jego mamą i jej traktowaniem przez owych.
Kolega ów kasty lekarskiej nie znosi.
Ja uczucia mam mieszane. Na przykład o kardiologii w Nowej Soli mógłbym pisać w samych superlatywach. Rodzinnie, wesoło i fachowo. Są lekarze, którzy ratują życie, przywracają godność, słuchają pacjenta i robią rzeczy, których przeciętny człowiek nie byłby w stanie ani udźwignąć, ani zrozumieć. Wiem to. Widziałem to. Doświadczyłem tego.
Ale jest też druga strona.
Powiedziałem koledze, żeby dał mi materiały, że opiszę to anonimowo. Odmówił, twierdząc, że obawia się zemsty ludzi w kitlach. I trudno mu się dziwić po tym, co od niego usłyszałem. Artykułu nie chciał, pomimo moich zapewnień, że pozostanie w pełni anonimowy.
Rozumiem i szanuję.
Postanowiłem więc w zamian opisać swoją historię. Historię sprzed dwudziestu lat z małym okładem. Historię, która wiele mnie kosztowała i wiele mi dała. Historię bardzo osobistą. Historię, którą znają i znali wtedy tylko najbliżsi mi ludzie. Historię o której kilku lekarzom skrótowo wspominałem, a robiłem to z racji faktu ich pytań o wielką bliznę na moim brzuchu podczas badań, które przechodziłem. Historię, która w pewien sposób zmieniła zarówno moje życie jak i sposób postrzegania świata.
Zanim jednak do niej przejdę…
Dzisiaj po raz już nie wiem który rozmawiamy o służbie zdrowia. O zarobkach, dyżurach, fakturach, salonikach VIP, audytach, układach, zaufaniu i jego braku. O tym, czy pacjent jest jeszcze człowiekiem, czy już tylko przypadkiem, procedurą, numerem łóżka i problemem do przesunięcia na później.
Nie chcę tu udawać, że moja opowieść tłumaczy cały system. Nie tłumaczy. Ale czasem jedna historia wystarczy, żeby pokazać, co w tym systemie potrafi się wydarzyć, kiedy człowiek przestaje być słuchany.
Ponieważ minęło sporo czasu, pewne aspekty tej sprawy zatarły się w mojej pamięci. Pewne zaś pamiętam z fotograficzną szczegółowością.
Oto owa historia.
Około 20 lat temu zgłosiłem się z bardzo silnym bólem brzucha do szpitala w Żywcu. Przetrzymano mnie kilkanaście godzin na obserwacji. Zapalenie wyrostka, ze wszystkimi objawami — deskowatość, umiejscowienie bólu, leukocytoza — słowem wszystko.
Zamiast działać – obserwowano. Po czym, kiedy ból był tak silny, że zacząłem w niekontrolowany już przeze mnie sposób wyć z bólu (znieczulenia ani żadnych środków przeciwbólowych mi nie podano) skierowano mnie na salę operacyjną. Ciągle wyjąc, krzycząc i zaciskając zęby, żeby nie krzyczeć – wszystko w jakimś ponurym cyklu bólu i niedowierzania – czekałem, aż lekarz, który miał mnie operować, starannie obejrzy pieprzyk na twarzy swojego kolegi po fachu — co trwało dobrych kilkanaście minut, w których ja naprawdę wyłem z bólu. Pamiętam tego lekarza. Siwy, z bujną fryzurą, wąsem. Wysoki. Władczy. Roztaczający wokół siebie nimb fachowości.
Narkoza. Operacja. Budzę się z zabandażowanym całym brzuchem.
Obchód, lekarz mówi, że miałem zapalenie wyrostka, ale musiano mnie rozciąć trochę bardziej, nieco jeszcze otumaniony po narkozie — potakuję — szczęśliwy, że ten cholerny ból został zastąpiony bólem zwykłym, takim do zniesienia, takim pooperacyjnym. Wiadomo, trudno się ruszać, trudno kichać, czkać czy ziewać, ale to ból do zniesienia, więc się uśmiecham. Czuje się nieco dziwnie – jak to po narkozie.
Kilka godzin później dowiaduję się, że to „trochę większe rozcięcie” to pełna laparotomia, czyli rozcięcie powłok brzusznych prawie od mostka aż do sporo poniżej pępka.
Bo obserwacja. Bo nieudolność lekarzy…
Koniec historii? Ktoś mógłby spytać.
Skądże… Ciąg dalszy jest dużo ciekawszy.
Chirurg spaprał robotę, według oficjalnej wersji — nie do końca dokładnie oczyścił jelita, więc zaczęły się tam procesy gnilne. Ale o tym dowiedziałem się znacznie później. I napiszę o tym we właściwym momencie, dbając o chronologię.
Leżałem więc sobie w łóżku na OIOM-ie w Żywcu. W starym jeszcze szpitalu.
Przy łóżkach przyciski wzywające pielęgniarki. Tyle że nie działające. Naprzeciwko leży facet, który wpadł na rowerze pod pociąg. Sympatyczny i wesoły jegomość -o ile pamiętam – miał obitą śledzionę, kilka złamań, coś tam z żołądkiem. Kawałek dalej facet z wyciętym sporym kawałkiem żołądka i dwunastnicy — o ile pamiętam — wrzody. Po lewej stronie umierający pacjent — starszy pan — ostatnie stadium nowotworu. Nie pamiętam jakiego
Ten dał nam wycisk. Bo podawane mu środki przeciwbólowe nie potrafiły zagłuszyć bólu. Więc wył z bólu. Jak ja kilka dni wcześniej. Ale wył bez przerwy. W dzień, w nocy… Cały czas… Nie dało się zasnąć, nie dało się nawet skupić na czytaniu. Umarł po dwóch dniach. Pamiętam, że jego śmierć mnie przybiła – leżał metr ode mnie, pamiętam, że myślałem, że dla niego była wybawieniem. Od bólu i cierpienia. W takich chwilach myśli się o eutanazji w sposób zupełnie odmienny od tego co plotą influencerzy i politycy.
Pamiętam — czytałem wtedy książki Pierumowa będące kontynuacją „Władcy Pierścieni” Tolkiena. Niezła lektura, tylko trudno się czyta, jak boli, obok krzyczy umierający facet, a po pielęgniarki zasuwamy na zmianę ze stojakiem do kroplówki w garści — bo salka, w której dyżurowały, to jakieś 50 metrów od naszej. Chodziliśmy, a raczej człapaliśmy, na zmianę. Na korytarzu próbowaliśmy je wołać, żeby oszczędzić sobie tego marszu. Czasem działało, czasem nie.
Po kilku dniach po operacji powinno być ze mną lepiej, powinienem wracać do zdrowia. Cały personel mi to mówi. A ja nie przyjmuję pokarmów ani napojów. Wymiotuję ciemnozieloną cieczą o nieprzyjemnym zapachu, ze śladami jakichś dziwnych resztek. Ból nie jest nieznośny, choć czasem trudno wytrzymać bez morfiny. I czasem ją dostaję. Wtedy jest lepiej i nawet śpię. Czasem dwie godziny, czasem nawet trzy lub cztery.
Mijają kolejne dni. Coraz częściej miewam skurcze brzucha, czkawkę – a czkawka i skurcze mięśni brzucha po laparotomii to ból nie tyle nie do zniesienia, co taki, że z każdym skurczem zastanawiam się czy szwy się nie rozerwą.
Wołam pielęgniarkę, akurat jest blisko i słyszy, mówię, że boję się, że te czkawki i skurcze naruszą szwy. Szwy, które ciągle bolą. Brzuch nieco napęczniał, więc bolą nawet bardziej niż na początku.
Pielęgniarka wzywa lekarza, ten zleca założenie mi sondy. Pamiętam to dokładnie — bardzo nieprzyjemne odczucie dla kogoś, kto ma tak silny odruch wymiotny jak ja. Ale co tam, byle te skurcze ustały. Pytam, kiedy mogę się spodziewać, że ustaną. Dostaję odpowiedź, że godzina, może dwie… Czekam. Po trzech godzinach, kiedy znowu słyszę pielęgniarkę, wołam ją. Mówię, że sonda nie pomaga — pokazuję jej zieloną ciecz w woreczku do niej przyczepionym, proszę o wyciągnięcie — argumentuję, że może dzięki temu uda mi się zasnąć i może skurcze na skutek snu ustaną. Pielęgniarka mówi, że o tym decyduje lekarz. Proszę więc o jego przyjście, na co dowiaduję się, że go nie ma. Wprawdzie jest noc. Ale czy dyżurujący lekarz mający mieć pieczę nad OIOM-em – nie powinien być gdzieś w pobliżu? – zadaje sobie pytanie.
Czekam…
Po jakichś kolejnych 30 minutach wyciągam sobie sondę sam. Mam kurwa dość. Próbuję zasnąć. Po jakiejś następnej godzinie przychodzi lekarz. Widzi, że sonda wyjęta, pielęgniarka usłużnie mówi, że to ja sam… Próbuję argumentować. W końcu jestem biologiem, coś tam o budowie ciała wiem, anatomię miałem dokładnie taką samą jak lekarz stojący przede mną. Fizjologię też. No i wiedza dość ciągle świeża po studiach.
Nie zyskuję zrozumienia w jego oczach, w zamian zyskuję miano trudnego pacjenta. Takiego, który sprawia problemy, może nawet udaje ból.
Mijają następne dni. Czuję się coraz gorzej. Moja ówczesna żona, (obecnie ex), widzi to. Widzi, że moja twarz nabiera ziemistej barwy. Widzi, że facet, który ma 188 cm wzrostu, zaczyna wyglądać jak szkielet. Trudno zresztą tego nie zauważyć. Ważę wtedy nieco ponad 42 kg. Trzy tygodnie w szpitalu na kroplówkach zadziałały jak najlepsza dieta odchudzająca. Nie robią mi żadnych badań, moje narzekania są zbywane pewnie dlatego, że przyklejono mi łatkę trudnego pacjenta. Bo miałem czelność dyskutować z lekarzem. Toż to prawie jak dyskusja z samym Bogiem?!?
Kończę kolejny tom Pierumowa. Zabawne, ale pomimo bólu skończyłem w szpitalu wszystkie. Coś trzeba było robić…
Nadchodzi sobota. Przychodzi moja żona w odwiedziny. Ja czuję się lepiej. Nawet wstaję z łóżka i deklaruję, że za dwa, trzy dni będę w domu.
Uratował mi życie jej instynkt i jej mama – moja ówczesna teściowa. Mama, która też była lekarzem. Ordynatorem nefrologii we Wrocławiu.
Moja ex do niej dzwoni. Już z domu. Nie chce tej rozmowy przeprowadzać przy mnie. Mówi, że się boi, bo ja zachowuję się, jakbym był w jakiejś dziwnej euforii. Coś jak euforia przed śmiercią.
Teściowa reaguje — dzwoni do Żywca, do ordynatora. Uprzedza, że bierze swoich chirurgów, bo nie chce, żeby jej córka w wieku 30 lat została wdową. Pakują się do samochodu i z Wrocławia jadą do Żywca.
Jest już popołudnie. Ten sam dzień – sobota. Pamiętam to bardzo dokładnie, kiedy bóle wróciły.
USG — pierwsze od momentu operacji. Wcześniej nikt na to nie wpadł, że może warto byłoby sprawdzić, czy tam wszystko jest ok. Rozszerzone strachem oczy lekarki, która je wykonuje, pamiętam do dzisiaj. Swój strach w tym momencie też. Lewatywy, jedna, druga, trzecia. Próba przepchania zatoru z „drugiej strony”. Nieudana. W odcinku dwunastniczym, o czym dowiaduję się później — rozdęty fragment wielkości prawie piłki do ręcznej.
Nerwowe telefony. Wzywają ordynatora — podobno chirurg z największym doświadczeniem. Naczyniowiec. Duży facet, kojarzył mi się z postacią doktora Wilczur ze „Znachora”. Tylko jego lepiej odżywionej wersji. Jest około 21. Jadę na kolejną operację. Ból jest bardzo silny, ale do zniesienia. Zaciskam zęby.
Narkoza…
Budzę się. Żyję. Szwy bolą dużo bardziej niż za pierwszym razem. Trzeba było wyciąć te pierwsze z kawałkiem tkanki skórnej i mięśniowej, wszystko naciągnąć i zszyć jeszcze raz. Myślę sobie, że może to i dobrze, że tak schudłem — wiszącą skórę naciągnąć jest łatwiej.
Dowiaduję się wtedy, że nie miałem do końca oczyszczonych jelit. Że to się zdarza. Że po raz drugi miałem zapalenie otrzewnej. Ale, że teraz wszystko jest już OK. Dowiaduję się też, że ex-teściowa dojechała, kiedy już byłem na stole, i że czekała do końca operacji. Dziś już nie pamiętam tego dokładnie. Nie pamiętam czy po przebudzeniu się pojawiła czy nie. Pewnie tak.
Dokładnie pamiętam jednak przebieg tej gehenny. Nawet twarze pielęgniarek pamiętam. Pamiętam, że to było w święta, że w pewnym momencie się poddałem. Że chciałem tylko zobaczyć dzieciaki, dom, wyjść na świeże powietrze i poczuć na gołej skórze spadające na nią płatki śniegu.
To uczucie pamiętam chyba najdokładniej.
Nie zaskarżyłem szpitala. Może powinienem, ale wtedy czułem jednak jakąś dziwną wdzięczność, że żyję. Dzisiaj pewnie zrobiłbym inaczej.
W dokumentacji brak wzmianek o zapaleniu otrzewnej, brak wzmianki o dwóch laparotomiach, o dwukrotnym zapaleniu otrzewnej. Był tylko zapis o komplikacjach przy usuwaniu wyrostka. Wygodnie. No i niby prawda. Ale mnie się nie chce walczyć.
Przyjaciele nas odwiedzają. Ja gwałtownie tyję — już w domu — normalny efekt jojo. Z 42 kg po dwóch tygodniach, a może trochę dłużej — ważę 95, później powoli wszystko wraca do normy.
Żyję. Do dzisiaj.
Lekarze najpierw przepuścili mnie przez madejowe łoże procedur, niepotrzebnej operacji, kolejnej niepotrzebnej operacji, robienia ze mnie trudnego pacjenta… A przecież to do cholery było tylko zapalenie wyrostka. Mimo to czułem do lekarzy wdzięczność, że żyję, że mogę być w domu i patrzeć jak moi synowie rosną.
Po co ten opis?
Po to, żeby uświadomić innym, że z jednej strony — lekarze to też ludzie, czasem genialni, czasem omylni, czasem dokładni, czasem zmęczeni, czasem bezbłedni, a czasem niekompetentni. Czasami ich niekompetencja zabija pacjentów, znacznie częściej ich wiedza ratuje im życie.
Po co jeszcze?
Żeby się podzielić z czytelnikami historią, w której może i gdzieś tam ukryty jest jakiś cenny morał. Albo nie jest. Bo do tej pory tę historię zna może 10 osób. A może mniej. A może trochę więcej. Nie wiem.
Jednak jest coś jeszcze.
Moja historia, to nie jest tylko marudzenie człowieka, którego kiedyś źle potraktowano. To nie jest tylko opowieść sprzed dwudziestu lat, którą można zbyć wzruszeniem ramion i powiedzieć: „dawno było, szpital stary, czasy inne”.
Nie. Problem jest znacznie większy.
WHO, czyli Światowa Organizacja Zdrowia, podaje, że mniej więcej jeden na dziesięciu pacjentów doznaje szkody w czasie korzystania z opieki zdrowotnej. I że z powodu niebezpiecznej opieki medycznej dochodzi rocznie do ponad trzech milionów zgonów na świecie.
Ponad trzech milionów.
Rocznie.
To jest liczba, przy której naprawdę trudno już mówić tylko o „pojedynczych przypadkach”.
Oczywiście — to nie znaczy, że lekarze są mordercami. Nie znaczy, że ich błędy są wynikiem złej woli. Nie znaczy, że pacjent zawsze ma rację, a lekarz zawsze się myli. Tak nie jest. Medycyna to trudny, brudny, stresujący i potwornie odpowiedzialny zawód. Czasem lekarz podejmuje decyzję w kilka minut. Bo musi. Czasem po kilkunastu godzinach dyżuru. Czasem w warunkach, w których system już dawno powinien uklęknąć i przyznać, że nie działa.
Ale też nie róbmy z tego wygodnej skąd inąd wymówki.
Bo człowiek może umrzeć nie tylko na skutek choroby. Może umrzeć też z powodu czyjegoś zmęczenia. Czy zbyt dużej pewności siebie. Od diagnozy postawionej za szybko. Od diagnozy, której nikt nie chciał zweryfikować. Od procedury, która zastąpiła myślenie. Od lekarza, który uznał, że pacjent przesadza. Od pielęgniarki, która nie przyszła, bo przycisk nie działał. Od systemu, w którym wszyscy są zajęci, wszyscy są zmęczeni, wszyscy mają swoje racje, a człowiek na łóżku zostaje sam ze swoim bólem.
I tu jest sedno.
Lekarze ratują życie. Codziennie. Naprawdę. Dzięki nim ludzie wychodzą z zawałów, udarów, sepsy, wypadków, nowotworów, porodów, które poszły źle, operacji, których jeszcze kilkadziesiąt lat temu nikt by nie przeżył. Gdybym miał pisać tylko o lekarzach dobrych, miałbym o kim pisać i pewnie życia by nie starczyło.
Ale lekarze też zabijają.
Nie ręką bandyty, nie z premedytacją, a ręką człowieka przemęczonego. Do przemęczenia często dochodzi rutyna. Czasem przeświadczenie, że utyskiwania pacjenta są przesadzone. A czasem dlatego, że są zbyt pewni, że wiedzą lepiej niż owi pacjenci czy coś ich boli, czy nie.
A potem zostaje pacjent.
Albo rodzina pacjenta.
Albo dokumentacja, w której pewnych rzeczy nie ma.
Albo blizna, która zostaje na całe życie i którą kolejnym lekarzom trzeba tłumaczyć, bo pytają, skąd się wzięła.
Dlatego, kiedy dziś słyszę dyskusje o lekarzach, ich zarobkach, dyżurach, fakturach, salonikach VIP, odpowiedzialności i zaufaniu, to nie potrafię patrzeć na to jak na zwykłą awanturę o pieniądze. Bo tu nie chodzi tylko o pieniądze.
Dobry lekarz powinien dobrze zarabiać. Bardzo dobrze. Nie mam z tym żadnego problemu.
Ale jeśli za pieniędzmi, prestiżem i społecznym szacunkiem nie idzie odpowiedzialność, to robi się niebezpiecznie. Bo lekarz powinien leczyć z powołania, a nie dla kasy. I kasa mi nie przeszkadza, ale brak powołania już tak. I to bardzo.
Jeśli środowisko medyczne chce zaufania, musi zrozumieć, że zaufania nie buduje się opowieścią o własnej wyjątkowości. Buduje się je pokorą. Uczciwością. Przyznaniem, że błędy się zdarzają. I że pacjent, nawet trudny, nawet upierdliwy, nawet przestraszony, nawet zadający pytania, nie jest wrogiem.
Moja kardiolog, kiedy spytałem się jakie jest ryzyko podczas ablacji, którą miałem przejść, powiedziała mi patrząc mi prosto w oczy: „Może pan umrzeć. Ja się postaram z całych sił, żeby tak się nie stało, ale – ale może pan umrzeć.”
I tym zdaniem wzbudziła we mnie ogromny szacunek. Wiedziałem, że chcę, żeby to ona dokonała tego – skąd inąd – dość poważnego zabiegu. I zrobiła to. I żyję. Mogę to powiedzieć po raz kolejny – ŻYJĘ.
Tym razem z wdzięcznością nie zatrutą przykrymi doświadczeniami.
Pacjent to człowiek, nie przypadek. Lekarz to zawód z powołania, nie dla kasy. Ludzie umierają podczas prostych zabiegów. Biały kitel nie daje nieomylności. Lekarze ratują życie, ale też czasem popełniają błędy. Czasem te błędy zabijają.
A w Polsce niestety politycy zapominają, że kiedyś sami mogą znaleźć się na stole. I zakładając, że nie dostaną się tam z VIP-saloniku, to też mogą trafić na zmęczonego lekarza, dla którego ważniejsze są zakupy w salonie samochodowym niż pacjenci.
Może warto, żeby zaczęli nie tylko o tym gadać wzajemnie się przekrzykując i zdobywając punkty poparcia, ale żeby w końcu do cholery zaczęli coś z tym robić.
Bo gadanina i przekrzykiwanie się stanu szeroko rozumianej opiek medycznej nie uzdrowi. Potrzebne są reformy. Sensowne. Przemyślane. Już.
I potrzebne są zwolnienia. Zarówno wśród polityków jak i co poniektórych lekarzy. Na przykład takich, którzy potrafią wprost powiedzieć, że z lekarzami jeszcze żaden rząd nie wygrał.
Warto żeby lekarze pamiętali, żę biały kitel nie daje nieomylności.
A politycy, że ich potyczki w sejmie potrafią mordować znacznie skuteczniej niż Putin z całym jego arsenałem.



Opublikuj komentarz