15 maja 2025 roku. Dolny Śląsk. Kampania prezydencka wchodzi w ostatni, najbardziej nerwowy etap.
Karol Nawrocki, wtedy jeszcze kandydat na prezydenta, kończy spotkanie z mieszkańcami Ząbkowic Śląskich. Według planu dnia ma jechać dalej, do Dzierżoniowa. Zwykły kampanijny maraton: rynek, ludzie, uściski dłoni, przemówienie, samochód, następne miasto, następny tłum, następne kamery.
I nagle dzieje się coś złego.
Nie „trochę słabiej”. Nie „jestem zmęczony”. Według relacji samego Nawrockiego, po wystąpieniu czuje nagłe, potężne osłabienie. Takie, jakby ktoś — jego słowa — wyłączył mu organizm. Jeszcze próbuje machać do ludzi. Jeszcze próbuje wyglądać normalnie. Ale już wie, że coś jest nie tak.
Prosi współpracowników o wodę. Prosi, żeby zaprowadzili go do autokaru. Tam mają zaciągnąć czarne zasłony. Wszyscy wychodzą. Kandydat kładzie się na tylnym siedzeniu.
I traci przytomność.
Dalej jest opis jak z politycznego thrillera. Autokar. Zasłonięte okna. Cisza. Bladzi współpracownicy. Kilka minut wyrwanych z pamięci. Gwałtowne, kompulsywne wymioty. Garnitur, wnętrze pojazdu, wszystko zbryzgane. Ludzie stojący nad nim mieli przez chwilę myśleć, że wydarzyło lub dzieje się najgorsze.
Brzmi jak początek powieści Roberta Ludluma, albo może Harlana Cobena, czy Forsytha.
W dobrym thrillerze autor dba o realizm.
W dobrym thrillerze pojawia się karetka. Lekarz. SOR. Toksykologia. Pobranie krwi. Zabezpieczenie wody, kubków, butelek, jedzenia, ubrań, autokaru. Przesłuchanie świadków. Monitoring. Ochrona. Notatki. Raport. Próba ustalenia, czy kandydatowi na prezydenta ktoś właśnie nie podał substancji zagrażającej życiu. W dobrym thrillerze dba się po prostu o te szczegóły, które mają przekonać czytelnika, że sytuacja, która jest opisywana mogła zdarzyć się naprawdę.
A tymczasem w publicznie dostępnej opowieści o tym zdarzeniu nie widać najważniejszych elementów, których człowiek spodziewałby się przy podejrzeniu otrucia kandydata na prezydenta: karetki, pilnej diagnostyki, toksykologii, zabezpieczenia dowodów i natychmiastowego zawiadomienia odpowiednich służb.
Może te działania były. Wtedy warto je pokazać.
Ale jeśli ich nie było, w tej historii zieje wielka, czarna dziura. W logice.
Skoro podejrzewano otrucie, dlaczego nie wezwano natychmiast pomocy medycznej?
Jeżeli współpracownicy naprawdę myśleli, że Nawrocki może nie przeżyć, dlaczego nie pojawił się zespół ratownictwa medycznego?
No cóż… A może stwierdzili, że może szefowi się zachciało drzemki? A może złożyli to na karb choroby lokomocyjnej? Udaru? Może byli sparaliżowani strachem? Nie wiem, nie byłem tam.
Ale… No coś mi się w tej opowieści nie klei…
Stosując zasady logicznego myślenia można dojść do trzech wniosków. Albo stwierdzili, że już im się nie chce tyrać w tej kampanii i może lepiej, żeby się ta gehenna skończyła, nawet w tak tragiczny sposób, albo może sam kandydat nie chciał lekarza? Trzecia opcja jest taka, że wszyscy nagle i jednocześnie doznali takiego szoku, że nie byli w stanie zadzwonić po karetkę, krzyknąć do tłumu żeby wezwać lekarza… Po prostu paraliż. Jednak ta trzecia opcja wydaje się naprawdę mało prawdopodobna. Bo telefon pod 112 w takiej sytuacji to niemalże automatyzm. Automatyzm, którego tutaj zabrakło.
I tu znowu pojawiają się wątpliwości. Jeśli istnieje podejrzenie podania trucizny człowiekowi walczącemu o prezydenturę, to takie zdarzenie nie jest zasłabnięciem po kielichu na weselu u kuzynki. To jest dużo poważniejsza sprawa, wyższa konieczność. Wtedy nie pyta się, czy komuś pasuje SOR. Wtedy się ratuje życie kandydata i zabezpiecza ewentualne dowody.
Właśnie… Dowody. Bo w tej całej sprawie, policji wg publicznie dostępnych opisów też nie było. A przecież na pewno kręciło się tam sporo funkcjonariuszy.
No dobrze, załóżmy jednak, że jakoś tak to się potoczyło, że nie wezwali lekarza, nie wezwali policji, a Karol Nawrocki miał wrażenie, że został otruty.
No i tu rodzą się kolejne pytania: Gdzie toksykologia? Gdzie wyniki krwi? Gdzie próbki moczu? Gdzie dokumentacja medyczna z dnia zdarzenia? Gdzie informacja, kto podał wodę, skąd była woda, czy butelka została zabezpieczona, kto miał dostęp do autokaru i czy cokolwiek sprawdzono? Może to wszystko jest. Jeżeli tak, warto było by to upublicznić.
Po dwóch latach bardzo trudno ustalić, czy ktoś naprawdę próbował otruć Karola Nawrockiego. Za to łatwo rzucać sensacyjnego newsa, bo niech ktoś dzisiaj udowodni, że to nieprawda.
Trudno będzie dziś znaleźć substancję, której wtedy w ogóle nie szukano. Trudno będzie doszukać się dowodów, których wtedy nie zabezpieczono. Trudno będzie odtworzyć minuty, które wtedy najwyraźniej uznano za mniej ważne niż dalszy rytm kampanii.
Ale łatwo rzucić w eter hasło: ZAMACH. I wskazać winnego.
Czy można zatem z całą pewnością stwierdzić, że zamachu nie było? Nie można. A czy można domniemywać, że historia opowiedziana przez pana Nawrockiego i Andrzeja Nowaka jest nie do końca prawdziwa, z racji owych dziur logicznych o których pisałem? Można.
Jeżeli to było zatrucie, reakcja otoczenia wyglądała zadziwiająco spokojnie.
Ale jeżeli to nie było zatrucie, dlaczego dziś buduje się wokół tego atmosferę zamachu? Stwarza całą narrację o próbie pozbawienia życia kandydata na prezydenta.
Prokuratura zapowiada dochodzenie. I bardzo dobrze.
Jeśli prokuratura jednak traktuje sprawę poważnie, to trzeba ją potraktować poważnie od początku do końca. W każdym aspekcie sprawy. Trzeba zadać sobie pytania o obecny stan zdrowia prezydenta – może to był objaw choroby, trzeba sprawdzić dokumentacje medyczną, trzeba przeanalizować reakcję sztabu, a raczej brak reakcji, trzeba przepytać ochroniarzy – dlaczego nie reagowali, trzeba sprawdzić, czy wykonano jakiekolwiek badania, czy była pełna diagnostyka.
Bo niezależnie od naszych sympatii lub antypatii politycznych – mówimy o głowie państwa. O człowieku pełniącym najważniejszy urząd w kraju liczącym 40 milionów ludzi. Jeżeli prezydent miał tak dramatyczny incydent zdrowotny, to państwo ma prawo wiedzieć, czy sprawa została medycznie wyjaśniona, a służby i prokuratura mają obowiązek wyjaśnić sprawę do ostatniej szpileczki, ostatniego włosa i ostatniego zeznania.
A więc teraz – koniecznie: pełne badania laboratoryjne, konsultacja internistyczna, neurologiczna, kardiologiczna, toksykologiczna. Przegląd leków, suplementów, preparatów nikotynowych, używek, możliwych interakcji, chorób przewlekłych i wszystkich czynników, które mogły doprowadzić do takiego stanu. Bo może to nie trucizna, a jakieś przewlekłe schorzenie. Tak czy inaczej dokładne sprawdzenie tego wszystkiego – to absolutna konieczność.
Skoro sprawa dotyczy życia i zdrowia prezydenta, to nie może być potraktowana pobieżnie, musi być potraktowana jako najwyższy priorytet. W końcu mówimy o domniemanym zamachu na Prezydenta Polski.
Pytanie które mnie się tu nasuwa, to – czy prezydent się zgodzi na takie badania? W końcu to w jakiś sposób narusza jego prywatność.
Jednak – prezydent to nie sklepikarz z rogu Kościuszki i Dworcowej. Prezydent to najważniejszy człowiek w kraju, wybrany głosami ponad połowy głosujących, więc… Jestem przekonany, że tutaj nie ma możliwości nie zgodzenia się na badania. Chodzi o bezpieczeństwo narodowe.
Tak, tak powinno się postępować w tej sprawie.
Ale ja tu pokuszę się o odrobinę zabawy w przewidywanie przyszłości. Tak dokładne badania się nie odbędą. Przesłuchania niewiele wyjaśnią. Retoryka o możliwości zamachu pozostanie.
A wszelkie próby dotarcia do prawdy będą komentowane jako próba oszustwa przez zależną od rządu prokuraturę. To bardzo wygodny argument. Od razu stawia przeciwników i zwolenników po dwóch stronach nieprzekraczalnej barykady. Wygodny, bo nawet, gdybm się pomylił, badania by się odbyły, świadkowie by zostali przesłuchani – to i tak – zakładając, że teoria o zamachu nie wytrzymuje konfrontacji z rzeczywistością – można zawsze powiedzieć, że sprzedajna prokuratura próbuje oczernić prezydenta przed kolejnymi wyborami do sejmu.
I na koniec – wszystko się rozmyje…
A Karol Nawrocki zyska kolejne punkty w narodowym rankingu zaufania.
A ja pozostanę z rozdziawioną gębą, nie mogąc w to uwierzyć, pomimo tego, że dzisiaj jestem przekonany, że tak właśnie będzie.



Opublikuj komentarz