Ładowanie

Egzekutor Stanowski

Są sprawy, które śmierdzą od pierwszej minuty. Ale są też takie, które śmierdzą podwójnie. Najpierw tym, co mogło wydarzyć się w instytucji publicznej, a potem tym, jak ochoczo media zamieniają podejrzenia w wyrok, a nieudowodnione zarzuty w gotową opowieść o układzie.

Sprawa Szpitala Południowego, Dawida Kacprzyka, Emila Jędrzejewskiego i Kanału Zero należy do tej drugiej kategorii.

Nie bronię tu Kacprzyka. Podobnie jak nie zamierzam bronić ani szpitala, ani ratusza, ani Koalicji Obywatelskiej. Jeżeli w Szpitalu Południowym dochodziło do przekrętów, do fikcyjnego rozliczania godzin, patologii w grafiku dyżurów, uprzywilejowanego traktowania polityków albo zaniedbań medycznych, to trzeba to wyjaśnić i winnych po prostu zwolnić i postawić w stan oskarżenia. Bez litości. Bez partyjnego pudru. Bez zasłaniania się „dobrem placówki”.

Ale właśnie dlatego ta sprawa jest zbyt poważna, żeby oddawać ją medialnym prokuratorom na „pożarcie”.

Czym innym jest ujawnienie dokumentów, a czym innym zbudowanie publicznego trybunału i postawienie podium z czekającą gilotyną. Czym innym jest śledztwo dziennikarskie, a czym innym spektakl, w którym prowadzący coraz mocniej wciska gaz, bo widzi, że silnik zasięgów pracuje pięknie, równo i z satysfakcjonującym rykiem.

A więc najpierw małe rozróżnienie, bo w tej sprawie są trzy różne sprawy, nie jedna

Pierwsza – to sprawa Dawida Kacprzyka: jego zarobków, dyżurów, faktur, funkcji na SOR-ze, politycznych powiązań i pytania, jak to możliwe, że młody lekarz bez zakończonej specjalizacji miał w publicznym szpitalu pozycję, wpływy i pieniądze, które budzą co najmniej zdumienie. Tu raczej trudno oskarżeniom w jakikolwiek sposób zaprzeczyć. Tu nie wystarczy wzruszyć ramionami i powiedzieć, że lekarze dobrze zarabiają, bo przecież nie o zwykłe zarobki lekarzy tu chodzi.

Jeżeli ktoś wykazywał absurdalne liczby godzin, jeżeli wystawiał faktury, które potem trzeba było korygować, jeżeli szpital przyjmował taki system rozliczeń, jeżeli nadzór tego nie widział albo nie chciał widzieć, to jest to sprawa dla prokuratury, NFZ, samorządu lekarskiego i opinii publicznej. Takiego tanigo cwaniactwa tolerować nie można przy czym nie ma co udawać, że mówimy o drobnym potknięciu w tabelce Excela.

Sprawa druga – to Emil Jędrzejewski, przedstawiany jako sygnalista. I tu sprawa robi się dużo bardziej śliska, ale może też i dzięki temu ciekawa.

Ustalmy jedną rzecz, na samy początku – sygnalista nie musi być człowiekiem bez skazy. To ważne. Często właśnie ludzie skonfliktowani z instytucją ujawniają rzeczy, których zależni od niej pracownicy nigdy by nie powiedzieli. Konflikt ze szpitalem nie oznacza automatycznie, że ktoś kłamie. Spór finansowy też nie oznacza automatycznie, że ktoś kłamie. Zwolnienie z pracy także nie oznacza automatycznie, że ktoś kłamie.

Ale wszystkie te trzy rzeczy oznaczają, że takiego sygnalistę trzeba sprawdzić bardzo dokładnie.

Jeżeli ktoś sam ma konflikt z placówką, jeżeli wobec niego pojawiają się pytania o rozliczenia, jeżeli mówi rzeczy niezwykle ciężkie, a część z nich opiera na wiedzy pośredniej, to nie można traktować jego słów jak objawienia z góry Synaj. Można potraktować je jako alarm, czy impuls do śledztwa. Można i powinno się słowa sygnalisty sprawdzić. Ale nie można powiedzieć: skoro powiedział to w Kanale Zero, to znaczy, że już wszystko wiemy.

Nie. Nie wiemy.

Trzecia sprawa to jeszcze grubszy kaliber: oskarżenia o zgony pacjentów, błędy medyczne, fałszowanie dokumentacji i rzekomą wiedzę całego personelu.

I tu powinna zapalić się wielka czerwona lampa.

Bo kiedy mówimy o pieniądzach, fakturach i grafikach, mamy dokumenty, które można sprawdzić. Przelewy, dyżury, logowania, podpisy, harmonogramy, umowy, korekty faktur. Ale kiedy ktoś mówi, że przez konkretnego lekarza „ginęli ludzie”, to wchodzimy w zupełnie inny ciężar gatunkowy. To nie jest publicystyczna metafora. To jest zdanie, które może zniszczyć człowieka, zespół, oddział, szpital i zaufanie pacjentów do ludzi, którzy następnego dnia nadal muszą ratować życie.

Takich zdań nie wolno rzucać lekko. I nie wolno lekko ich rozpowszechniać, panie Stanowski.

„Wszyscy wiedzieli”, to chyba najwygodniejsze oskarżenie świata. Nikogo nie oskarżam osobiście, ale oskarżam wszystkich… Spisek, zmowa, mafia… I nie, nie będę tutaj udawał, że słowa takie właśnie jak mafia mi samemu nie przychodzą do głowy. Na razie stanowczo się z nimi nie zgadzam. Ale… skoro się pojawiają w mojej głowie, skoro używają ich ludzie z których opinią się liczę i których opinie szanuję… To – jakby na to nie patrzeć – jest to pewien sygnał.

W tej konkretnej sprawie jednak mnie osobiście niepokoi łatwość, z jaką cień podejrzeń pada nie tylko na Kacprzyka, ale właściwie na cały personel szpitala.

W publicznej szopce bardzo łatwo powiedzieć: wszyscy wiedzieli i wszyscy byli w zmowie. To zdanie brzmi efektownie. Ma w sobie zapach układu, zmowy, milczenia, białych fartuchów i zamkniętych drzwi. Świetnie pracuje w internecie. Doskonale nadaje się do miniaturek, pasków, komentarzy i oburzenia. Ale za słowem wszyscy stoją ludzie. Konkretni ludzie. Pan Zenek od naprawiania instalacji elektrzycznej, pani Zosia od gotowania posiłków, pani Frania od doglądania pacjentów… I nie mogę się oprzeć stwierdzeniu, że osoba wykształcona – lekarz, ale też Stanowski, powinni jednak na takie słowa pełne „absolutu” jak właśnie wszyscy, nikt, nigdy, zawszer być szczególnie wyczuleni.

Lekarze po nocnych dyżurach. Pielęgniarki. Ratownicy. Rejestratorki. Technicy. Ludzie, którzy pracowali w realnym szpitalu, z realnymi pacjentami, pod realną presją, w realnym chaosie polskiej ochrony zdrowia – wszyscy zostali wrzuceni do jednego wora przez pana Jędrzejewskiego i Stanowskiego. Bez procesu, bez zarzutów, cały kraj nagle usłyszał, że „wszyscy” pracownicy szpitala to sprzedajne szuje.

Nie wiem jak to wygląda w świetle prawa, panowie, ale jeżeli ja mógłbym o tym decydowac to oskarżyłbym was obu o zbiorowe pomówienie realnie wpływające na komfort życia i pracy pomówionych.

Żeby nie być tak jednostronnym – być może część z nich coś widziała. Być może część milczała. Być może część powinna była reagować. Ale być może część z nich jest dziś mielona przez medialną maszynę tylko dlatego, że ktoś potrzebuje wielkiej opowieści o medycznym Mordorze.

Jeżeli zarzuty są prawdziwe, mamy do czynienia z gigantyczną patologią. Jeśli są fałszywe albo przesadzone, mamy do czynienia z publicznym niszczeniem ludzi, którzy nie mają studia, mikrofonu, zasięgów i armii komentatorów gotowych każdego dnia wydawać wyroki w ich imieniu.

Właśnie dlatego dowody muszą iść przed emocjami. Nie odwrotnie.

I znowu, żeby nie było – z jednej strony Kanał Zero zrobił dobrą robotę. Nie ma co do tego wątpliwości. Jednak z drugiej – rzucił społeczeństwu ochłapy wiedzy i ciężkie oskarżenia w jednym korycie wypełnionym medialna paszą. A takie sprawy potrafią kończyć się linczami, jeśli nie dosłownymi to społecznymi.

Z jednej więc strony Kanał Zero ma w tej sprawie realną zasługę. Wyciągnął temat, którego instytucje najwyraźniej nie dopilnowały albo nie chciały dopilnować. Pokazał dokumenty. Zmusił do reakcji szpital, ratusz, prokuraturę, media i środowisko lekarskie. W państwie, w którym wiele afer umiera w ciszy segregatora, to nie jest drobiazg. Bardzo dobrze!

Jednak dziennikarstwo śledcze nie powinno się mylić z widowiskiem oskarżycielskim. A o tym już pan Stanowski zdaje się nie pamiętać.

Trzeba tu też pamiętać, że Kanał Zero nie jest neutralnym obserwatorem życia publicznego. To medium wyraźnie antyliberalne, prawicujące, często pracujące na emocji buntu przeciwko elitom III RP, Platformie, „salonom”, warszawce i politycznej poprawności. Oczywiście samo w sobie nie odbiera mu to prawa do ujawniania afer. Prawicowe medium może odkryć prawdziwą aferę. Antyliberalne medium może mieć rację. Medium niechętne Trzaskowskiemu może ujawnić prawdziwy problem w rządzonym przez niego obszarze.

Ale trzeba też czasem spojrzeć na to z szerszej perspektywy.

Otóż, kiedy sprawa idealnie pasuje do politycznego profilu medium, kiedy bohaterem negatywnym może zostać młody radny KO, warszawski szpital, Trzaskowski i rzekomy salonik dla swoich, to każda redakcja powinna włączyć podwójną ostrożność. Nie mniejszą. Większą. Przynajmniej u tej części społeczeństwa, której zależy na prawdzie a nie na medialnych plotkach.

Tymczasem w Kanale Zero często widać coś odwrotnego: im sprawa mocniej pasuje do opowieści, tym szybciej nabiera temperatury. Stanowski nie zachowuje się wtedy jak chłodny redaktor pilnujący standardów. Zachowuje się jak pies gończy, który poczuł krew. Jak proskurator prowadzący proces swojego życia. No włąśnie, trochę prokurator, trochę sędzia, trochę showman, trochę człowiek, który wie, że właśnie trafił na żyłę złota.

To jest niebezpieczne.

Gdy mówimy o fakturach, można być ostrym. Gdy mówimy o zgonach pacjentów, trzeba być precyzyjnym. Gdy mówimy o fałszowaniu dokumentacji medycznej, trzeba ważyć każde słowo. Gdy mówimy o całym personelu szpitala, nie wolno uprawiać retoryki granatem odłamkowym.

Kanał Zero ma prawo tropić aferę. Nie ma jednak prawa zastępować prokuratury, sądu, biegłych i dokumentacji medycznej. Bo to się już ociera o bezprawie i o samosądy.

Sygnalista czy oskarżyciel?

Emil Jędrzejewski może być ważnym sygnalistą. Może być człowiekiem, który zobaczył rzeczy, których inni bali się dotknąć. Może mieć rację w wielu punktach. Tego nie wolno z góry odrzucać tylko dlatego, że wystąpił u Stanowskiego albo że jest skonfliktowany ze szpitalem.

Ale równie niebezpieczne jest uznanie, że sam status sygnalisty daje immunitet od pytań i pewność, że to co mówi to prawda.

Nie daje.

Sygnalista nie jest świętym obrazkiem. Sygnalista też może mieć własny interes, własną krzywdę, własną złość, własny konflikt i własną wersję wydarzeń. Może mówić prawdę. Może mówić część prawdy. Może mieszać fakty z interpretacjami. Może dramatyzować. Może się mylić. Może również świadomie albo nieświadomie uderzać zbyt szeroko. W końcu ludzie są różni i kierują nimi różne motywacje.

Dlatego dobry dziennikarz powinien zrobić z nim coś bardzo prostego: wysłuchać, sprawdzić, oddzielić fakty od opinii, dokumenty od emocji, wiedzę bezpośrednią od cudzych relacji.

Zły dziennikarz robi coś innego: sadza go przed kamerą, pozwala rzucać oskarżenia kalibru śmierci pacjentów, a potem dokłada od siebie atmosferę odkrycia stulecia.

To drugie jest efektowne. Tylko że cholernie prostackie i diablo nieuczciwe.

Salonik VIP, czyli podejrzenie przebrane za fakt

Osobną sprawą jest rzekomy salonik VIP dla polityków Koalicji Obywatelskiej i ich rodzin.

Jeżeli coś takiego rzeczywiście funkcjonowało, to jest to skandal. Publiczny szpital nie jest prywatnym folwarkiem partii. SOR nie jest klubem lojalnościowym. Dostęp do badań, pomieszczeń, lekarzy i szybszej ścieżki nie może zależeć od tego, czy ktoś ma właściwy numer telefonu, właściwą legitymację albo właściwy uśmiech do właściwego radnego.

Warto przy tym pamiętać, że podobne zarzuty pojawiały się już wcześniej wobec polityków PiS – choćby w kontekście leczenia męża Elżbiety Witek na OIOM-ie czy wizyt Jarosława Kaczyńskiego, po których do szpitala trafiały wielomilionowe środki. Ale to, że poprzednia władza dopuszczała się nadużyć, nie jest żadnym usprawiedliwieniem dla ewentualnych przekrętów po stronie ich politycznych konkurentów.

Zjawisko jest godne potępienia niezależnie od przypiętego do klapy marynarki znaczka i wypowiadanych codziennie kwestii.

No więc na dziś mamy medialne twierdzenia, że taka uprzywilejowana ścieżka istniała. Mamy deklaracje, że są dokumenty. Mamy fotografie, opisy, pytania wysyłane do szpitala i politycznie nośną narrację. Ale żeby powiedzieć, że istniał realny system VIP, trzeba pokazać coś więcej niż efektowny opis sygnalisty.

Trzeba odpowiedzieć na pytania: kto dokładnie korzystał z tej ścieżki? Czy pacjenci byli przyjmowani poza kolejnością? Czy omijali triage? Czy mieli wskazania medyczne? Czy podobne pakiety badań wykonywano też innym pacjentom? Kto wydawał polecenia? Czy istniał zapis w systemie? Czy są logi, skierowania, czasy przyjęć, porównania z innymi pacjentami?

I dopiero wtedy odpalać bombę medialną.

Jeżeli salonik VIP istniał, to jest to afera. Ale jeśli nie istniał, a został medialnie namalowany z kilku niepełnych historii, to też jest afera. Tylko innego rodzaju.

W pierwszym przypadku mamy patologię w szpitalu. W drugim, patologię w mediach.

Kolejna sprawa – polityczny moment nie dowodzi spisku, ale nie wolno udawać, że go nie ma

Ta sprawa wybucha w bardzo szczególnym momencie. W tle mamy polityczny konflikt wokół Ukrainy, Zełenskiego i odebrania mu Orderu Orła Białego przez Karola Nawrockiego. Mamy potężne napięcie dyplomatyczne, emocje wokół Wołynia, prawicową mobilizację i próbę przesunięcia debaty publicznej na tory korzystne dla obozu narodowo-konserwatywnego.

Czy to dowodzi, że sprawa Szpitala Południowego została odpalona jako zasłona dymna?

Nie.

Ale czy politycznie ta sprawa jest wygodna dla prawicy? Oczywiście, że tak. Jest wręcz wymarzona. Mamy młodego polityka KO, wielkie pieniądze, warszawski samorząd, Trzaskowskiego, szpital, domniemane przywileje dla swoich i dramatyczne oskarżenia o ludzkie życie. To jest idealna amunicja. Taka, która sama ładuje się do działa.

I właśnie dlatego media powinny być jeszcze ostrożniejsze.

Bo w wojnie plemiennej prawda bardzo szybko przestaje być celem. Staje się pociskiem. A pocisk nie musi być precyzyjny. Ma tylko zrobić huk.

Najbardziej paskudne jest to, że kilka rzeczy może być prawdziwych naraz.

W tej sprawie najgorsze jest to, że ona nie musi mieć jednej czystej odpowiedzi.

Może być tak, że wokół Kacprzyka istniał realny system patologicznych rozliczeń. Może być tak, że szpital i ratusz nie dopilnowały rzeczy, których dopilnować powinny. Może być tak, że polityczne powiązania pomagały mu funkcjonować dłużej, niż powinien. Może być tak, że niektóre osoby korzystały z lepszego traktowania.

Ale jednocześnie może być też tak, że Jędrzejewski jest świadkiem obciążonym własnym konfliktem i interesem. Może być tak, że część jego oskarżeń jest przesadzona. Może być tak, że niektóre najcięższe zarzuty nie znajdą potwierdzenia w dokumentacji. Może być tak, że personel szpitala został wrzucony do jednego worka z ludźmi, którzy naprawdę zawinili. Może być tak, że Kanał Zero odkrył realną aferę, a potem ją zniszczył pobudzany własnym apetytem na spektakl.

To wszystko może być prawdziwe jednocześnie.

I właśnie dlatego potrzebujemy śledztwa, a nie zbiorowej egzekucji.

Nie wybielanie. Nie lincz. Śledztwo.

Szpital Południowy trzeba prześwietlić. Kacprzyka trzeba rozliczyć, jeśli dokumenty potwierdzą zarzuty. Dyrekcję i ratusz trzeba zapytać, kto spał, gdy system pozwalał na takie cuda. NFZ powinien sprawdzić rozliczenia. Prokuratura powinna sprawdzić nie tylko faktury, ale również wszystkie konkretne sprawy medyczne, które pojawiły się w publicznych oskarżeniach. Samorząd lekarski powinien zrobić swoje. Bez zamiatania pod dywan. Bez telefonów od kolegów. Bez miękkiego lądowania dla swoich.

Jeżeli tak się stanie – słowo „mafia” będzie można odłożyć na półkę i pozwolić aby się godnie kurzyło. Jeżeli tak się nie stanie, to przyda się temu słowu blasku, którego sama afera nie zdołała rozpalić.

Ale też i Jędrzejewskiego trzeba sprawdzić. Jego relację, jego wiedzę, jego dokumenty, jego konflikt, jego własne rozliczenia i jego odpowiedzialność za słowa. Sprawdzić, nie odsądzać z góry od czci i wiary.

Podobnie Kanał Zero. Na razie może nie prokuratorsko, ale obywatelsko. Trzeba patrzeć mu na ręce tak samo, jak on deklaruje, że patrzy na ręce innym. W państwie prawa nie wystarczy stanąć po właściwej stronie kamery i powiedzieć: „ja tylko zadaję pytania”. Odpowiednio zadane pytania w społeczeństwie tak podzielonym jak nasze, to nie pytania, a ostra amunicja która może zabijać. Nie w przenośni. Może zabijać naprawdę.

Po prostu, jeżeli pytania są tak sformułowane, że brzmią jak wyrok, to już nie są tylko pytania.

Najbardziej paskudne w tej sprawie nie jest nawet to, że mogło dojść do patologii w szpitalu. To byłoby straszne, ale niestety nie byłoby niewyobrażalne. Tak się dzieje. W wielu miejscach. Patologie istnieją.

Najbardziej paskudne jest to, że prawdziwa afera może zostać pożarta przez aferę medialną. Że realne pytania o pieniądze, nadzór i odpowiedzialność mogą utonąć w teatrze oburzenia. Że ludzie, którzy być może zasługują na akt oskarżenia, zostaną wrzuceni do jednego worka z ludźmi, którzy zasługują tylko na uczciwe wysłuchanie. Albo odwrotnie: że pod osłoną krzyku uda się ukryć faktyczną patologię.

Dlatego tej sprawy nie wolno zamykać.

Ale tym bardziej nie wolno jej prowadzić jak publicznej egzekucji.

Bo jeśli naprawdę chodzi o pacjentów, o publiczne pieniądze i o odpowiedzialność, to pierwszą ofiarą nie może być prawda.

Opublikuj komentarz