Było o Nawrockim. Kolej na Tuska.
Skoro przy prezydencie pisałem o polityce robionej metodą ustawki, to dla równowagi trzeba spojrzeć na drugą stronę.
Bo problemem polskiej polityki nie jest wyłącznie człowiek z kijem, który myli Pałac Prezydencki z parkingiem za stadionem.
Problemem jest też człowiek z regulaminem, który wchodzi między dwa rozgrzane tłumy i próbuje im tłumaczyć, że zgodnie z procedurą paragraf trzeci, ustęp drugi, emocje powinny teraz grzecznie poczekać w kolejce. I tu nie mówię o samym Tusku. Ten przemawiać potrafi. Robi to spokojnie, ale dosadnie i rzeczowo. Jednak cała reszta… Cała reszta się ciągle tłumaczy.
No KURWA – genialne!!! Na pewno wszyscy będą słuchać tłumaczeń z zapartym tchem.
Tusk nie jest Nawrockim. Nie jest politycznym rozrabiaką. Nie jest człowiekiem, który czerpie siłę głównie z tego, że jego ludzie po każdej bójce krzyczą: „dobrze mu przyłożyłeś”.
Tusk jest kimś innym.
Tusk jest wykształciuchem i urzędasem na ustawce kiboli.
Tusk jest graczem w brydża na meczu rugby.
On siedzi przy stoliku, układa karty, liczy lewy, analizuje ruchy przeciwnika, podczas gdy wokół niego ludzie wpadają na siebie z pełnym impetem, lecą w błoto, krzyczą, przepychają się i próbują zdobyć piłkę za wszelką cenę.
I pomimo, że jest wytrawnym graczem, to jest dość kiepski w grze na której arenie się znalazł.
Zna zasady swojej gry. Zna strategie. Zna mechanizmy. Zna język dyplomacji, negocjacji, koalicji i wielopiętrowych kompromisów.
Jednak tu nie mamy do czynienia z brydżem, tylko z brutalną walką o piłkę i o uwagę publiczności. To jest rugby, panie Tusk, nie brydż.
To jest Polska, nie Belgia, i chcąc wygrać, ba chcąc w ogóle walczyć trzeba mieć świadomość tego, że Polska nie jest salą seminaryjną w Brukseli.
Polska nie jest krajem, w którym obywatel po pracy siada z herbatą, czyta spokojnie ustawę, porównuje dane budżetowe, sprawdza wskaźniki, analizuje zależności i mówi: „ach, widzę, że rząd zrobił rozsądny kompromis w trudnych warunkach instytucjonalnych”.
No nie.
Polska jest krajem, w którym bardzo duża część społeczeństwa reaguje nie na proces, tylko na obraz i donośny krzyk. Im głośniej tym lepiej.
Nikt tu nie czyta tabel i sprawozdań, ale każdy reaguje na emocje, na zagrożenia, na strach.
„Pracujemy nad rozwiązaniem”, w naszym kraju się nie sprawdza, natomiast: „oni was okradają, a my was bronimy” to coś co każdy amator grilla z piwkiem zrozumie nim się piana ustabilizuje na kuflu.
PiS to zrozumiał i wdrożył już dawno temu. Rozumie to świetnie Konfederacja. Nawrocki też to czuje, choć raczej z poziomu politycznego odruchu niż wielkiej strategii.
A Tusk zachowuje się tak, jakby wystarczyło mieć rację. Czy może wracając do porównania do brydżysty – dobre karty.
Otóż nie wystarczy. Przynajmniej nie w tym kraju i nie w tym momencie. Bo tłumaczenie swoich posunięć z automatu jest odbierane jako słabość. Silni się nie tłumaczą. Silni walą między oczy. I to jest recepta na wygranie wyborów.
W polityce racja, której nikt nie umie opowiedzieć, przegrywa z bzdurą, która ma dobry rytm, prosty wróg i ładnie świeci w mediach społecznościowych. Tak jak toccata i fuga Bacha jest rzadziej słuchana niż przeboje Taylor Swift.
I to jest chyba największy problem tego rządu. Zamiast obrony i wyprowadzenia skutecznej kontry – ciągłe tłumaczenie.
Weźmy to na warsztat. Obecny rząd, to nie jest rząd, który nic nie zrobił. Odblokowano pieniądze z KPO. Polska wróciła do normalniejszej pozycji w Unii Europejskiej. Przywrócono finansowanie in vitro. Były podwyżki dla nauczycieli i budżetówki. Uruchomiono program Aktywny Rodzic, uszczelniono granice. Zrobiono sporo rzeczy, które np przez PiS byłyby przedstawiane jako rewolucja i początek naprawy państwa po latach demolki.
Tyle, że rząd Tuska sprzedaje te sukcesy z gracją księgowego czytającego raport kwartalny na pogrzebie dyrektora działu.
PiS z otwarcia mostku nad rowem melioracyjnym robił narodowe odrodzenie.
KO z odblokowania miliardów potrafi zrobić suchy komunikat, który znika z okładek i świadomości obywateli po 4 minutach.
PiS brał cokolwiek, owijał w biało-czerwoną kokardę, dorzucał dzieci, emerytów, żołnierza, księdza, strażaka i pasek w TVP, a potem krzyczał: „patrzcie, Polska wstaje z kolan”.
KO czasem dowozi realną rzecz i mówi: „informujemy, że w związku z realizacją komponentu inwestycyjnego nastąpiła częściowa implementacja mechanizmu”.
No świetnie. Zajebioza – tłum musi przecież szaleć po takim komunikacie.
Skrajna prawica zawsze będzie krzyczeć głośniej. Tam nie ma zahamowań. Tam nie ma wstydu. Tam nie ma tego całego liberalnego skrępowania, że może nie wypada, może za ostro, może trzeba niuansować, może trzeba pokazać obie strony.
Nie trzeba.
W polityce trzeba mówić prawdę, ale prawdę trzeba umieć ubrać w emocje, emocje takie, które trafią do tłumu i pozwolą im trwać nieco dłużej. I się nawarstwiać.
To właśnie robił i robi PiS, tak właśnie działa konfederacja. Nie konkrety. Emocje. Nie raporty. Zarzuty względem innych. Bo to się zawsze sprzedaje. Działania każdego – nawet perfekcyjnie dobre – można podważyć mówiąc, że mogło być lepiej, ale szansa została zmarnowana. I tak właśnie robi Konfa i PiS.
Bez emocji w komunikatach panie premierze, prawda leży na stole jak zimny kotlet. Przykryty brudną szmatą.
Może i ma wartość odżywczą, ale nikt nie ma ochoty się nim zachwycać. Ba większość nawet nie wie, że jest jakiś kotlet.
No dobrze, komunikacja leży. I widać to najlepiej po pracy rzecznika rządu. Do tego jeszcze wrócę, ale – no nawet teraz nie mogę się powstrzymać. Szłapka mówi poprawnie, spokojnie, bezpiecznie — tylko że w tej robocie to jest dokładnie zestaw cech, który zabija przekaz. Jego wystąpienia są tak niemedialne, że człowiek zaczyna tęsknić za paskami z TVP, bo przynajmniej coś się działo.
To był po prostu zły wybór. Tu nie potrzeba urzędnika od komunikatów, tylko standuppera od polityki. Kogoś, kto potrafi jednym zdaniem ustawić narrację dnia, przywalić przeciwnikowi i jeszcze zrobić z tego viral.
Kogoś pokroju Jerzego Urbana, który rozumiał, że rzecznik to nie jest czytający komunikaty lektor, tylko frontman całej operacji. A zamiast tego mamy sztywniaka, którego przemówienia usypiają szybciej niż najlepsza kołysanka.
Drugi problem Tuska to opieszałość.
I tu nie chodzi o to, że wszystko da się zrobić od razu. Nie da się. Państwo po PiS nie było mieszkaniem po lekko niechlujnym lokatorze. To był lokal po dzikiej imprezie, po której ktoś jeszcze zamurował drzwi, wyniósł przewody ze ścian i zostawił w wannie Trybunał Konstytucyjny.
Ale wyborcy 15 października nie głosowali tylko po to, żeby usłyszeć, że jest trudno.
Oni głosowali po to, żeby zobaczyć sprawczość.
Rozliczenia miały być symbolem odzyskania państwa. Miało być poczucie, że ten wielki pisowski folwark, z Funduszem Sprawiedliwości, RARS-em, propagandą, spółkami, respiratorami, willami plus i całą tą tłustą pajęczyną układów, wreszcie przestanie być bezkarny.
A co widzi obywatel?
Komisje. Procedury. Immunitety. Wnioski. Sądy. Odroczenia. Ucieczki. Areszty. Zażalenia. Komunikaty. Kolejne konferencje, z których wynika, że coś się dzieje, ale przeciętny człowiek ma wrażenie, że wszystko idzie przez kisiel. I to gęsty…
To było – jeśli to w ogóle możliwe – jeszcze bardziej nudne niż przemówienia pana Szłapki.
Formalnie może to i było konieczne, ale politycznie i medialnie wyglądało jak powolne przeżuwanie gwoździa przez bezzębną owcę.
I to właśnie pokazuje jak bardzo Tusk nie rozumie własnego elektoratu.
Jak bardzo jest oderwany od rzeczywistości niech świadczy fakt, że do tej pory nie zrobił z TVP info tuby propagandowej choćby w połowie tak skutecznie działającej jak za czasów PiS. I wiem – to byłoby niedemokratyczne, sprzeczne z ideałami, wzorcami, nieuczciwe… I tak dalej.
Ale do cholery – jesteśmy w zwrotnym punkcie historii. I bardziej teraz potrzebujemy skuteczności niż dochowywania wierności demokratycznym ideałom.
Bo elektorat demokratyczny, liberalny, miejski, proeuropejski, antypisowski, jakkolwiek go nazwiemy, jest elektoratem warunkowym.
To nie jest żelazny beton PiS, ani młyn Konfederacji.
To nie są ludzie, którzy zawsze przyjdą, zawsze zagłosują, zawsze obronią, zawsze wybaczą, bo „nasi”. Tu nie ma takiej plemiennej solidarności jak w PiS.
To są ludzie, którzy głosują z przekonania do idei, a nie z miłości do lidera. Często analizują, wkurzają się, rozczarowują, kręcą nosem, mówią „wszyscy tacy sami”, „miało być inaczej”, „nie po to głosowałem”, po czym w dniu wyborów potrafią zostać w domu z miną moralnego zwycięzcy nad rzeczywistością.
PiS ma elektorat, który idzie do urny jak do kościoła albo na mecz.
Konfederacja ma elektorat, który idzie jak na bitwę z systemem.
Tusk ma elektorat, który czasem trzeba prosić, żeby łaskawie odłożył kawę, przestał analizować własne rozczarowanie i poszedł ratować państwo, bo my – rząd – nie daliśmy rady.
I właśnie dlatego ten elektorat trzeba karmić.
Nie kłamstwem, czy propagandą.
Nie pisowskim cyrkiem z kartonu.
Ale sensem. Emocją. Pocztuciem kierunku. Poczuciem zwycięstwa. Poczuciem, że to, co się dzieje, ma cel.
Tymczasem Tusk zbyt często zachowuje się tak, jakby jego wyborcy mieli obowiązek rozumieć złożoność sytuacji i cierpliwie czekać.
Nie mają. I najczęściej nie rozumieją.
Wyborca nie jest pracownikiem kancelarii premiera.
Wyborca jest człowiekiem, który po dwóch latach chce zobaczyć: co zostało naprawione, kto został rozliczony, komu odebrano zabawki, gdzie jest ta obiecana zmiana.
A jeśli tego nie widzi, to niekoniecznie przejdzie do PiS. Niekoniecznie zgodzi się z Konfederacją.
On po prostu zostanie w domu nie robiąc nic. Zdegustowany wszystkim co się dzieje w polityce.
I to dla Tuska jest dużo groźniejsze niż kolejny krzyk Kaczyńskiego.
Kolejny problem koalicji to ten nieszczęsny taniec pośrodku.
Tusk próbuje stać między dwoma wrogimi tłumami. W wielklim rozkroku.
Z jednej strony ma własnych wyborców, którzy chcą świeckiego państwa, praw kobiet, związków partnerskich, rozliczeń, Europy, normalności, praworządności i końca pisowskiego folwarku.
Z drugiej strony widzi prawicowy tłum, który krzyczy o granicy, migrantach, suwerenności, Brukseli, Ukrainie, Niemcach, ideologii i końcu Polski.
I Tusk próbuje tańczyć między nimi.
Trochę uśmiecha się do jednych. Trochę do drugich.
Tu powie coś twardego o granicy. Tam coś europejskiego o prawach człowieka. Tu mrugnie do centrum. Tam uspokoi konserwatywnego koalicjanta. Tu obieca kobietom. Tam nie przestraszy PSL-u. Tu pokaże zęby prawicy. Tam szybko je schowa, żeby nie ugryźć własnego rządu.
Problem polega na tym, że taki taniec rzadko wygląda jak strategia.
Częściej wygląda jak przekarmiony niedźwiedź tańczący polkę na śliskim parkiecie.
Prawicy tym nie przekona, bo prawica zawsze wybierze oryginał, nie zaś człowieka, który mówi prawicowym językiem z liberalnym akcentem.
A własnych może zdemobilizować, bo oni zaczynają widzieć, że rząd, który miał iść po zmianę, zaczął się oglądać, czy przypadkiem nie obrazi ludzi, którzy i tak nigdy na niego nie zagłosują.
I tu pojawia się pytanie: po co? Zwłaszcza wobec faktu, że może i zwolennicy skrajnych prawicowych ruchów krzyczą głośniej, ale jednak demokratów jest w naszym kraju po prostu więcej. I zawsze tak było.
Po co tańczyć pod prawicową muzykę, skoro orkiestra i tak gra dla kogoś innego?
Po co udawać twardziela od konserwatywnego porządku, skoro w tej konkurencji PiS, Konfederacja i Nawrocki zawsze będą bardziej naturalni, bardziej bezwstydni i bardziej widowiskowi?
Tusk powinien zrozumieć jedną rzecz: jego problemem nie jest to, że za mało podoba się prawicy. Jego problemem jest to, że coraz częściej przestaje rozpalać własnych zwolenników.
A polityki nie wygrywa się tylko tym, że przeciwnik jest gorszy.
Politykę często wygrywa się tym, że własnym wyborcom chce się ruszyć z domu, bo w coś wierzą. Bo w polityce wiara jest ważniejsza od logiki. Pobudzenie wyborców do myślenia plemiennego jest ważniejsze niż logika. Odkrył to Kaczyński, Bosak, Zajączkowska czy Braun. Czemu nie odkrył tego Tusk?
Czwarty problem to koalicja.
Oczywiście, Tusk nie rządzi sam. Ma PSL, Polskę 2050, Lewicę, frakcje, ambicje, lęki, konserwatywnych hamulcowych i progresywnych niecierpliwych. Ma rząd, który wygrał razem, ale często sprawia wrażenie, jakby rządził osobno.
Aborcja? PSL hamuje.
Związki partnerskie? Kompromis, półkompromis, ćwierćkompromis, może kiedyś, może po konsultacjach, może po tym, jak wszyscy umrą ze starości i problem sam się rozwiąże.
Mieszkalnictwo? Kredyt zero procent najpierw miał być, potem okazało się, że połowa koalicji uważa go za prezent dla banków i deweloperów. Zresztą nie bez racji. Tylko że jeśli zły pomysł upada, to dobry powinien już leżeć gotowy na stole.
Nie leżał.
I znowu: wyborca widzi nie złożoność koalicji, tylko chaos.
Tusk może tłumaczyć, że taka jest arytmetyka sejmowa.
Może. Ale to znowu tłumaczenie się. A tłumaczą się winni i przegrani. Nie zwycięzcy!!!
Piąty problem to komunikacja rządu, czyli dziedzina, w której KO od lat zachowuje się tak, jakby ktoś im wmówił, że skuteczność medialna jest czymś trochę nieprzyzwoitym. I tu wracamy do pana Szłapki.
KO zachowuje się jakby dobrze opowiedziany sukces był propagandą. Jakby mocny przekaz był populizmem. Jakby własny rzecznik nie musiał porywać, wystarczy, że będzie dostępny i poprawny.
No to wybrano rzecznika.
I nie chcę być okrutny, ale Adam Szłapka jako twarz rządowej ofensywy komunikacyjnej ma w sobie mniej więcej tyle medialnego dynamitu, co radny z Dopiewa z serialu „Ranczo” tłumaczący strategię NATO na zebraniu wiejskim.
Może to porządny człowiek.
Może pracowity.
Może kompetentny w papierach, kontaktach i zapleczu.
Ale rzecznik rządu w kraju rozjeżdżanym przez propagandę, algorytmy, emocjonalne wrzutki, prawicowe media, farmy trolli, konfederackie memy i pisowską machinę narracyjną nie może wyglądać jak urzędnik z Wąchocka, który przypadkiem dostał mikrofon, bo prowadzący poszedł po przedłużacz.
To ma być człowiek od wojny informacyjnej. Od błyskawicznej riposty. Od codziennego ustawiania agendy.
Od tłumaczenia sukcesów rządu tak, żeby nawet człowiek przewijający telefon w kolejce po bułki zrozumiał: coś się zmieniło, ktoś coś zrobił, w końcu działają.
Tymczasem rząd często komunikuje się tak, jakby największym marzeniem było nikogo nie urazić, niczego nie przerysować i nie dać się złapać na przesadzie.
Kiedy w końcu zrozumiecie – drodzy członkowie koalicji – że polityka to właśnie gra w przejaskrawianie własnych sukcesów i podkopywanie sukcesów przeciwników.
Nie buduje się szybowca, kiedy przeciwnik w tym czasie jedzie na nas walcem.
PiS nie ma problemu z przerysowaniem. Konfederacja nie ma problemu z uproszczeniem i kłamstwami, Nawrocki nie ma problemu z gestem.
A Tusk czasem sprawia wrażenie, jakby miał problem z powiedzeniem własnym wyborcom: tak, wygraliśmy tę sprawę, tak, to jest nasz sukces, tak, oni to blokują, tak, to ma konkretną cenę, tak, zapamiętajcie ich nazwiska.
Zamiast tego mamy komunikacyjną galaretę w kolorze skisłej wody po ogórkach.
I tu właśnie dochodzimy do paradoksu Tuska.
On jest prawdopodobnie jednym z najbardziej doświadczonych polityków w Polsce.
Tylko że to doświadczenie czasem działa jak stary, elegancki garnitur założony na bójkę w klubie nocnym.
Klasa jest.
Tylko szkoda, że zaraz ktoś obleje go piwem i sprzeda kopa w żebra.
Tusk wie, jak rządzić w świecie, w którym instytucje mają znaczenie, kompromis ma wartość, media jeszcze jakoś filtrują rzeczywistość, a obywatele rozumieją, że państwo to nie automat z natychmiastową nagrodą.
Ale Polska po latach PiS, po mediach społecznościowych, po TVP Info, po pandemii, po wojnie, po inflacji, po permanentnej histerii politycznej, po atakach trolli internetowych, po ciągle prowadzonej wojnie hybrydowej nie jest już takim światem.
To jest kraj zmęczony, rozdrażniony, podatny na proste obrazy, głodny sprawczości i bardzo łatwy do nakarmienia gniewem.
W takim kraju nie wystarczy mieć racji.
Trzeba jeszcze umieć wejść z tą racją na scenę.
Nie kłamać.
Nie robić propagandy jak PiS.
Nie zmieniać państwa w cyrk objazdowy.
Ale umieć nazwać przeciwnika, nazwać stawkę, nazwać sukces, nazwać blokadę, nazwać winnego i nazwać cenę.
Codziennie.
Prosto.
Bez tego liberalnego mizdrzenia się, bez tej czasami zbędnej nadmiernej przyzwoitości.
Bo jeśli Tusk tego nie zrobi, to stanie się politykiem, który miał rację, ale nie miał widowni.
A polityk bez widowni może sobie mieć rację nawet złotymi zgłoskami wyrytą na marmurze.
W demokracji liczą głosy.
I tu dochodzimy do sedna.
Nawrocki jest groźny, bo myli państwo z ustawką.
Tusk zaś jest groźny dla własnego obozu, bo myli państwo z seminarium.
Jeden bierze kij i idzie po aplauz.
Drugi bierze segregator i liczy, że ludzie docenią prawdę i procedury.
Jeden robi widowisko bez odpowiedzialności.
Drugi ma odpowiedzialność, ale często nie umie zrobić z niej widowiska.
A Polska potrzebuje dziś czegoś trzeciego.
Polityki, która nie będzie ani kibolską pałką, ani profesorską drzemką.
Polityki, która rozumie państwo, ale nie gardzi emocją.
Polityki, która mówi prawdę, ale mówi ją tak, żeby dotarła dalej niż do ludzi, którzy i tak już wszystko wiedzą.
Tusk ma jeszcze czas.
Ale czas nie jest jego prywatnym zasobem.
To nie jest seminarium, które można przeciągnąć o kolejny kwadrans.
To jest polityka.
A po drugiej stronie stoją ludzie z megafonami, kijami, memami, propagandą, gniewem i prostymi odpowiedziami na każde pytanie.
Jeśli Tusk dalej będzie tańczył pośrodku dwóch wrogich tłumów, próbując nikogo nie urazić, to w końcu oba tłumy uznają, że tańczy dla tych drugich.
I wtedy może się okazać, że największym przeciwnikiem Tuska nie był ani Kaczyński, ani Nawrocki, ani Konfederacja.
Tylko własny, rozczarowany wyborca, który został w domu.
Bo nie miał już siły bronić rządu, który sam nie potrafił bronić własnej opowieści.



Opublikuj komentarz