Dość długo nie pisałem o Karolu Nawrockim i jego roli jako prezydenta Polski. Coś tam czasem skrobnąłem, ale postanowiłem nieco poczekać. Dać mu czas. Aż w końcu nadszedł ten moment, w którym pomyślałem sobie, że wiem już dość, żeby ustosunkowac się do Karola Nawrockiego w roli prezydenta kraju.
I tu warto zadać sobie ważne pytanie.
Czy z ustawek w lesie się wyrasta?
Nie z jakichś konkretnych, leśnych, stadionowych, z rozpisanymi ekipami i zasadami. Z takich, że przez kilka minut można udawać, iż przemoc jest sportem dla „dżentelmenów”.
Jendak mi nie o takie ustawki mi chodzi i nie o to tak do końca chodzi w postawionym wyżej pytaniu.
Pytanie powinno raczej brzmieć: czy wyrasta się z przyzwyczajeń?
Z odruchu, że najważniejsze jest wejść mocno. Że trzeba pokazać swoim, że „się nie pęka”. Że przeciwnika się nie przekonuje, tylko wali najmocniej jak można. Że polityka nie jest sztuką planowania i mających konsekwencje długofalowe kroków, a jest starciem pod kamerę. Że po wszystkim liczy się okrzyk własnej ekipy, a nie koszt, który zostanie do zapłacenia następnego dnia.
I niesety kiedy patrzę na prezydenturę Karola Nawrockiego, coraz trudniej mi widzieć w niej politykę, a z coraz większą łatwością dostrzegam w tym zorganizowaną bójkę na stadionie.
A może nawet raczej serię takich bójek, czy może ustawek.
Nie takich z pięściami, lasem i kibolską legendą. Bardziej cywilizowanych, oczywiście. W garniturze. Z kamerami. Z flagami. Z wetem zamiast kija i konferencją zamiast zbiórki pod stadionem.
Ale mechanizm jest znajomy.
Wejść. Uderzyć. Zrobić hałas. Zebrać brawa. Wyjść jako twardziel.
A państwo? Państwo niech sobie potem sprząta. Kogo to w końcu obchodzi?
Problem z Nawrockim nie polega na tym, że ma poglądy. Żyjemy w demokracji. Ja się mogę z jego poglądami nie zgadzać, on może je mieć. Nie polega też na tym, że używa prezydenckiego weta. Prezydent ma do tego prawo. Tak stanowi konstytucja.
Problem polega na tym, że u Nawrockiego zbyt często weto nie wygląda jak narzędzie ustrojowe, tylko jak polityczna pałka. Nie jak hamulec bezpieczeństwa, tylko jak pokaz siły wyliczony na wzbudzenie oklasków wśród własnej publiki.
I tu zaczyna się kłopot.
Bo polityk myśli, nie – polityk powinien myśleć w kategoriach skutków. Rozrabiaka zaś myśli kategoriami krótkotrwałego efektu tu i teraz.
Polityk pyta: co z tego będzie za rok, za pięć lat, za dekadę?
Rozrabiaka pyta: jak to siądzie dzisiaj wieczorem?
Polityk wie, że czasem trzeba połknąć własną złość, żeby wygrać większą sprawę.
Rozrabiaka musi mieć zwarcie. Musi mieć przeciwnika. Musi mieć moment, w którym jego ludzie powiedzą: no, chłopie, dobrze mu walnąłeś.
I dokładnie tak wygląda niestety ta prezydentura. Przynajmniej ja ją tak widzę.
7 sierpnia 2025. Kalisz. CPK. Pierwszy duży polityczny gest po zaprzysiężeniu. Projekt infrastrukturalny, który powinien być przedmiotem chłodnej rozmowy o pieniądzach, harmonogramie, sensie ekonomicznym, kolei, lotnictwie, logistyce i długofalowym interesie państwa, zostaje natychmiast ustawiony jako symbol wojny.
Nie: sprawdźmy, co w tym projekcie ma sens a co nie?
Nie: zróbmy audyt, poprawmy błędy, zatrudnijmy jeszcze kilku ekspertów.
Tylko: my jesteśmy za CPK, oni są przeciw Wielkiej Polsce.
My versus Oni.
To nie była polityka rozwoju. To był właśnie przykład prężenia muskułów w oczach kamer przed walką w oktagonie.
Potem przychodzą weta.
Rzut oka na działania prezydenta: ustawa wiatrakowa – zawetowana pod hasłem walki z „wrzutkami”, co dało Nawrockiemu wizerunek twardego gracza, ale państwo tym samym straciło czas na uporządkowanie rynku energii i obniżenie kosztów prądu. Odpowiedzialność będzie przecież można zrzucić na rząd. To oni są źli, ja stoję na straży, by nie rzec, na bramce i ochraniam Polskę przed tymi złymi.
Pomoc dla obywateli Ukrainy – zablokowana w imię „porządkowania systemu”, politycznie wprawdzie wzmocniło to przekaz o obronie interesów Polaków, ale z drugiej strony osłabiło relacje z kluczowym partnerem w czasie wojny. Wojny, która jest tuż obok.
Lex Kamilek – weto wobec ustawy mającej chronić dzieci przed przemocą, które przyniosło prezydentowi punkty w sporze z rządem, lecz państwo straciło narzędzie szybkiej reakcji na realny problem społeczny.
Park narodowy – zatrzymany projekt ochrony przyrody, który pozwolił Nawrockiemu pokazać się jako obrońca lokalnych interesów, ale kosztem środowiska i długofalowej polityki ekologicznej.
Kodeks wyborczy – ingerencja w zasady gry politycznej, korzystna dla mobilizacji własnego elektoratu, lecz podważająca stabilność instytucji.
Kryptoaktywa – blokada regulacji rynku, która dała prezydentowi argument o ochronie wolności obywateli, ale pozostawiła państwo w tyle za innymi gospodarkami i naraża tych obywateli na utratę pieniędzy.
KRS – weto w sprawie sądownictwa, które utrwaliło podział polityczny i nie przybliżyło rozwiązania kryzysu praworządności.
SAFE – blokada środków na obronność, która pozwoliła prezydentowi odebrać punkt rządowi, ale osłabiła tempo modernizacji armii.
CBA – ingerencja w służby specjalne, korzystna dla politycznej kontroli przekazu, lecz ryzykowna dla stabilności instytucji.
Kolejne i kolejne punkty zwarcia, w których Nawrocki zyskuje chwilowy efekt, a państwo płaci długofalowy koszt. Nie rozwiążmy problem, ale – dowalmy Tuskowi.
Oczywiście, każdą z tych ustaw można krytykować. Nie ma świętych projektów. Rząd nie pisze prawa na tablicach Mojżesza. W ustawach bywają wrzutki, błędy, ideologia, chaos, pośpiech i legislacyjna fuszerka. Pewnie, że tak. W końcu rząd, to nie tylko błyskotliwi geniusze, którzy zawsze mają rację. Czasami mam wrażenie, że już od wielu lat jest dokładnie odwrotnie, ale to już temat na inny tekst.
Tylko że prezydent państwa nie jest od tego, żeby z każdego błędu robić polityczną ustawkę w lesie.
Prezydent powinien umieć rozdzielać sprawy. Poprawiać. Wymuszać. Negocjować. Czasem blokować, ale tak, by państwo po tej blokadzie było silniejsze. Łączyć zwaśnione strony, nie dzielić.
Warto zdać sobie tutaj sprawę, że weto nie zamyka błędu. Weto nie jest poprawką. Jest obróceniem wniwecz często wielu miesięcy prac bardzo wielu ludzi. No i przede wszystkim weto otwiera kolejne widowisko, nową bójkę na nowej arenie. I znowu tłum będzie klaskać i lajkować. I znowu nic z tego nie wyniknie.
Przy ustawie wiatrakowej można było wymusić rozdzielenie sprawy energetyki od cen prądu. Można było powiedzieć: wiatraki osobno, rachunki ludzi osobno, bez szantażu, bez wrzutek, bez cwaniactwa. To byłoby państwowe.
Ale dużo lepiej wyglądało krótkie: nie dam się szantażować.
Przy pomocy dla Ukraińców można było oddzielić świadczenia socjalne od bezpieczeństwa wojennego i relacji z państwem, które zatrzymuje Rosję również w naszym interesie. Można było doprecyzować system, zamknąć nadużycia, uporządkować zasady.
Ale dużo lepiej wyglądało: Karol powiedział Ukraińcom „dość”.
Przy SAFE, czyli pieniądzach na obronność, można było twardo postawić warunki: udział polskiego przemysłu, kontrola wydatków, gwarancje dla armii, żadnego politycznego picu. Można było przycisnąć rząd i jednocześnie nie rozwalać tematu bezpieczeństwa.
Ale skoro rząd mógłby mieć sukces, piłkę trzeba było wybić w trybuny.
I właśnie tu jest różnica między politykiem a rozrabiaką.
Polityk widzi obronność kraju.
Rozrabiaka widzi okazję, żeby przeciwnikowi nie dać punktu.
Polityk widzi rozwój energetyczny, inwestycję i długofalowy zysk.
Rozrabiaka widzi szansę na podstawienie nogi przeciwnikowi.
Polityk widzi sądy, KRS, instytucje, ich zaufanie i wieloletnią odbudowę.
Rozrabiaka widzi swoich i obcych.
Polityk widzi Ukrainę jako trudnego, czasem irytującego, czasem niewdzięcznego, ale strategicznego partnera w czasie wojny.
Rozrabiaka widzi scenę, na której można pokazać, kto tu komu powie prawdę o Wołyniu.
Tutaj się na chwilę zatrzymam. Wołyń…
19 grudnia 2025. Spotkanie z Zełenskim. Nawrocki wręcza mu książkę o Zbrodni Wołyńskiej.
No KURWA – geniusz dyplomacji. Trumpowi powinien wręczyć książkę o tym, że na południu USA było niewolnictwo i mordowano ludzi, nie uważając ich przy tym za ludzi, a może jeszcze dorzucić coś o Ku-klux-klanie. Kanclerzowi Niemiec coś o holokauście. A w Czechach powinien nawiązać do wojen husyckich. A w Izraelu opowiadać dowcipy o Żydach w obozach.
Żeby było jasne: o Wołyniu trzeba mówić. Ofiary wymagają pamięci. Ekshumacje są obowiązkiem. Ukraińska polityka historyczna wobec UPA bywa dla Polski nie do przyjęcia i nie wolno tego zamiatać pod dywan tylko dlatego, że Ukraina walczy z Rosją.
Ale robienie z tego przedstawienia w oczach kamer z całego świata, to już nie jest polityka, a hucpa.
Pan Karol, powinien zrozumieć w końcu, że pomiędzy twardą dyplomacją historyczną a położeniem komuś na stole politycznego kastetu jest jednak różnica.
Prezydent państwa mógł zbudować proces: harmonogram ekshumacji, wspólną komisję, warunkowanie gestów, presję dyplomatyczną, pracę z sojusznikami, cierpliwe wygrywanie sprawy w opinii międzynarodowej.
Nawrocki wybrał gest. Skądinąd prostacki i dość głupawy.
Ale na pewno czytelny. Mocny. Efektowny.
Walnął Zelenskiego między oczy tak, aby ten nie miał szansy na odpowiedź.
Ale nie tak się buduje relacje w polityce, panie Nawrocki. Tak się zdobywa wrzask rozentuzjazmowanego tłumu kibiców i setki lajków od kibiców. Ale pana przeciwnik zapamięta, że publicznie dostał w twarz. Za nic. I raczej tego nie zapomni.
Gest idealny do tego, żeby własna publiczność powiedziała: no, w końcu ktoś mu pokazał. Ale gest stanowiący nie krok w kierunku porozumienia, a raczej rzuconą w twarz rękawicę. To nie polityka, a burda w karczmie.
A potem przyszedł 19 czerwca 2026 i odebranie Zełenskiemu Orderu Orła Białego.
To już nie była polityka historyczna. To była polityka historyczna przerobiona na granat hukowy.
Owszem, Polska ma prawo oczekiwać od Ukrainy szacunku dla polskiej pamięci. Owszem, nazwy odwołujące się do UPA są dla Polaków ciosem w twarz. Owszem, w tej sprawie trzeba być twardym i nie można przejść nad tym do porządku dziennego.
Ale twardość nie polega na tym, że rzuca się najwyższym polskim odznaczeniem jak kamieniem w okno sojusznika.
Twardość polega na tym, że osiąga się cel.
Tymczasem jaki cel osiągnął Nawrocki?
Czy Ukraina zmieniła politykę pamięci? Czy przyspieszyły ekshumacje? Czy świat lepiej zrozumiał polską wrażliwość wobec Wołynia? Czy pozycja Polski wobec Kijowa się wzmocniła? Czy Rosja dostała mniej propagandowego paliwa?
No nie. Nie i jeszcze raz nie.
Został wykonany gest, po którym własna trybuna i wlasni kibice przez chwilę krzyczą z zachwytu, Ukraina odpowiada oburzeniem, relacje dostają kolejny cios, a Moskwa może spokojnie patrzeć, jak Polacy i Ukraińcy sami wyrywają sobie kawałki wspólnego bezpieczeństwa okładając się po twarzach i wątrobach unurzanymi w historii i dumie narodowej pięściami.
A długofalowy zysk? A na cholerę komuś zysk.
Wybory trza wygrać i tyle.
To jest właśnie logika ustawki.
Nie pytamy, czy wygraliśmy strategicznie, pytamy, czy dobrze wyglądało uderzenie.
I dlatego Nawrocki może się podobać i się podoba części elektoratu. Oczywiście, że tak. Bo to jest atrakcyjne widowisko. Proste. Czytelne. Emocjonalne. Bez niuansów, bez nudy, bez tych wszystkich męczących pytań o koszty, instytucje, dyplomację, wiarygodność, inwestycje i bezpieczeństwo.
Jest nasz fighter, jest ich fighter. Nasz wchodzi. Ich się cofa. Publika ryczy. Tyle że państwo nie jest galą freak fightów.
Gospodarka nie lubi człowieka, który z każdej ustawy robi awanturę, bo inwestorzy, samorządy i przedsiębiorcy potrzebują przewidywalności, nie codziennych pokazów w politycznym oktagonie.
Bezpieczeństwo nie lubi człowieka, który zbrojenia i relacje sojusznicze traktuje jak kolejne pole do odebrania punktów rządowi bez względu na konsekwencje.
Dyplomacja nie lubi człowieka, który myli pamięć historyczną z publicznym upokarzaniem partnera.
Instytucje nie lubią człowieka, który zamiast być arbitrem, zachowuje się jak kapitan jednej ekipy.
A przyszłość nie lubi ludzi, którzy żyją z efektu osiągniętego w szeregu starć o nic.
Bo lajki są dziś. Oklaski są dziś. Nagłówki są dziś. Ale rachunek przychodzi później. I zwykle opłacić musi go już ktoś inny. Jak to w polityce w demokratycznym kraju.
A w podręcznikach historii całkiem możliwe, że wnuki Nawrockiego będą o nim czytać i się wstydzić nazwiska. Oby nie…
No to za co ten rachunek? – mogłby ktoś spytać.
Za gorsze relacje z Ukrainą. Za mocniejszą i skuteczniejszą rosyjską propagandę. Za zablokowane ustawy. Za utracony czas. Za niepewność inwestorów. Za państwo, które zamiast iść do przodu, co kilka tygodni ogląda kolejną pokazową bójkę między Pałacem a rządem.
I może właśnie to jest najuczciwszy opis tej prezydentury:
Karol Nawrocki nie tyle prowadzi politykę, ile organizuje starcia.
Nie tyle buduje strategię, ile produkuje momenty.
Nie tyle wzmacnia państwo, ile karmi własną publiczność poczuciem, że „nasi wreszcie komuś przyłożyli”.
Tylko że Polska to państwo na wschodniej flance NATO, w czasie wojny, kryzysu instytucji, transformacji energetycznej, napięć społecznych i gospodarczej niepewności.
I tak, tu naprawdę czasem trzeba uderzyć pięścią w stół.
Jednak od zbyt wielu uderzeń stół może się połamać.
A jeśli uderzająca w stół pięść staje się podstawowym programem politycznym, to nie jest to pokaz siły.
To jest odruch z ustawki przeniesiony do Pałacu Prezydenckiego, który może kosztować znacznie więcej niż kilka wybitych zębów na leśnej polanie.
Bo ustawka kończy się po kilku minutach.
Państwo płaci latami.



Opublikuj komentarz