Ładowanie

Rosja przymierza się do ataku, ale winna Ukraina.

W polskich mediach pojawiły się doniesienia, że Rosja może przygotowywać ograniczoną prowokację wobec Polski lub państw bałtyckich. Nie musi to oznaczać klasycznej inwazji. Bardziej prawdopodobny scenariusz to atak hybrydowy: drony, rakiety, sabotaż, wtargnięcie przy granicy albo uderzenie w infrastrukturę krytyczną. Onet pisał wprost, że Rosjanie mogliby próbować przedstawić taki atak jako działanie Ukrainy. Podobne ostrzeżenia pojawiały się w zachodnich mediach i w wypowiedziach dotyczących wschodniej flanki NATO.

Rosja przymierza się do ataku, ale winna Ukraina.

I właśnie dlatego to, co dzieje się pod postami na ten temat, jest tak niepokojące.

Pod informacjami o możliwej rosyjskiej prowokacji pojawiają się tysiące komentarzy, w których głównym winowajcą nie jest Rosja. Jest Ukraina. Że to Ukraina wymyśliła. Że to Ukraina zaatakuje Polskę. Że to Ukraina zrzuci winę na Rosję. Że to Ukraina chce nas wciągnąć do wojny. Pod tekstem o potencjalnym rosyjskim zagrożeniu nagle zaczyna dominować narracja antyukraińska.

To jest kompletnie nie na temat. I właśnie dlatego jest tak ważne.

Gdyby dyskusja dotyczyła błędów ukraińskiej polityki historycznej, Wołynia, rolnictwa, świadczeń albo relacji polsko-ukraińskich, można byłoby spierać się normalnie. Ostro, ale normalnie. Tutaj mamy jednak inną sytuację: pojawia się informacja o możliwych działaniach Rosji, a komentarze natychmiast próbują przesunąć uwagę z Moskwy na Kijów.

To nie wygląda jak przypadkowy chaos internetu. To wygląda jak stary rosyjski mechanizm informacyjny: odwrócić winę, zamieszać, zalać przestrzeń tysiącem identycznych podejrzeń, a potem zostawić ludzi z jednym wrażeniem: „nie wiadomo, kto naprawdę zawinił”.

Nie twierdzę, że każdy taki komentarz pisze płatny rosyjski troll. Część mogą pisać autentyczni polscy użytkownicy, którzy kupili tę narrację, powielają ją z głupoty, z nienawiści do Ukraińców albo z potrzeby bycia „tym, który nie daje się nabrać”. Rosyjska propaganda nie musi zatrudniać każdego komentującego. Wystarczy, że podrzuci gotową ramę, a pożyteczni idioci zrobią resztę za darmo.

Ale skala tego zjawiska powinna dać do myślenia.

Polskie instytucje i analitycy od dawna ostrzegają, że rosyjska dezinformacja uderza w relacje polsko-ukraińskie. NASK wskazuje antyukraińskie przekazy jako jeden z elementów zewnętrznych narracji obecnych w polskiej infosferze. Po incydentach dronowych opisywano też konkretne fałszywe przekazy sugerujące, że „drony to prowokacja Kijowa i Warszawy”, czyli dokładnie ten sam schemat: wybielić Rosję i przerzucić odpowiedzialność na Ukrainę.

DFRLab analizował z kolei wzrost antyukraińskich narracji w polskich mediach społecznościowych i wskazywał na podejrzaną, prawdopodobnie skoordynowaną aktywność kont wykorzystujących wydarzenia polityczne i bezpieczeństwa do siania podziałów między Polską a Ukrainą. Reuters przytaczał natomiast wypowiedź Tomasza Siemoniaka, który ostrzegał, że rosyjska wojna informacyjna się nasiliła, a trolle i boty próbują podgrzewać napięcia między Polakami i Ukraińcami. Według Siemoniaka Rosja może chcieć wykorzystać te napięcia również przy działaniach sabotażowych.

Moim zdaniem najgroźniejszy i zarazem najbardziej prawdopodobny motyw jest prosty: sparaliżowanie reakcji NATO i Zachodu.

Jeżeli Rosja przeprowadzi ograniczoną prowokację, a społeczeństwa zachodnie zostaną wcześniej zalane narracją „to mogła być Ukraina”, „nie wiadomo, kto to zrobił”, „nie dajmy się wciągnąć”, wtedy presja na stanowczą odpowiedź będzie słabsza. Zamiast jasnego komunikatu: Rosja testuje NATO, pojawi się informacyjna mgła. A Rosji właśnie o tę mgłę chodzi. Nie musi wygrać wojny z NATO. Wystarczy, że sprawdzi, czy NATO potrafi odpowiedzieć szybko, wspólnie i bez jąkania.

I właśnie to czyni obecną falę komentarzy tak alarmującą.

Jeżeli pod postami ostrzegającymi przed możliwą rosyjską prowokacją natychmiast pojawia się zmasowany atak antyukraińskich treści, to może oznaczać, że ktoś bardzo chce przygotować grunt pod przyszłe zamieszanie. Nie dowodzi to samo w sobie, że atak nastąpi. Ale sugeruje, że doniesienia o rosyjskich planach mogą być poważniejsze, niż wielu osobom się wydaje.

W normalnej sytuacji ludzie pod takim tekstem pytaliby: czy Polska jest gotowa? Czy infrastruktura krytyczna jest chroniona? Co zrobi NATO? Jak zareagują służby? Czy mamy procedury na sabotaż, drony, prowokacje przy granicy?

Tymczasem tysiące komentarzy odpowiadają jednym słowem: Ukraina.

To nie jest ani logiczne, ani sensowne. I nie sądzę a by to było przypadkowe.

Za bardzo to pasuje do rosyjskiej metody dezinformacyjnej znanej od lat. Pasuje tak dobrze, że trudno udawać, iż nic się nie dzieje.

Dlatego ta fala komentarzy powinna dać mocno do myślenia nie tylko zwykłym obywatelom, ale również służbom. Tak zmasowanego pojawienia się antyukraińskiej narracji w jednym miejscu, pod jednym typem informacji, dawno nie było. A jeśli Rosja rzeczywiście testuje dziś nie tylko granice NATO, ale też odporność naszych społeczeństw, to te komentarze są częścią tego testu.

I bardzo możliwe, że nie są tylko komentarzami.

Opublikuj komentarz