Ładowanie

Mam obowiązek narzucać wolę Narodu

Mam obowiązek narzucać wolę Narodu

„Mam obowiązek narzucać wolę Narodu”. Brzmi znajomo. Nawet zbyt znajomo.

Te słowa Karola Nawrockiego naprawdę budzą mój niepokój. A może i strach.

„Mam obowiązek narzucać wolę Narodu”.

Nie: reprezentować państwo. Nie: przestrzegać Konstytucji. Nie: działać w granicach prawa. Nie: szukać większości, budować kompromis, pilnować interesu Rzeczypospolitej.

Narzucać „wolę Narodu”. Wielką literą, rzecz jasna. Taką wolę, która nie wymaga już debaty, korekty, sprzeciwu ani instytucji. Wystarczy człowiek, który ją odczytał, a teraz narzuca. Reszta ma zrozumieć. W końcu to wola Narodu!!!

A jeżeli nie rozumie, trzeba jej będzie tą wolę narzucić, tak? Bo taka mi się narzuca konkluzja ze zdania o narzucaniu wszystkim woli Narodu.

To jest ten moment, w którym powinny się zapalić czerwona wielka lampa z napisem „Alarm”.

Karol Nawrocki nie napisał: „będę reprezentował obywateli”. Nie napisał: „będę bronił interesu państwa”. Nie napisał: „będę korzystał z konstytucyjnych uprawnień”.

On napisał coś zupełnie innego. Napisał, że on wie, czym jest wola Narodu, i że ma obowiązek narzucać ją tym, którzy — jak wynika z dalszej części wpisu — nie czują się wobec Polek i Polaków szczególnie zobowiązani, ugrzęźli w politycznych kalkulacjach, słupkach sondaży i plemiennych walkach.

To nie jest zwykła retoryka kampanijna. To jest stary, bardzo niebezpieczny mechanizm: przywłaszczenie Narodu.

W demokracji Naród nie przemawia jednym gardłem. Naród to nie jest wyłącznie ta część społeczeństwa, która zagłosowała na zwycięzcę. Naród to także przegrani. Opozycja. Krytycy. Ludzie obojętni. Ludzie wkurzeni. Ludzie, którzy kochają Polskę inaczej, pamiętają historię inaczej, inaczej widzą bezpieczeństwo, inaczej rozumieją interes państwa. W demokracji Naród jest wielogłosowy, kłótliwy, sprzeczny, czasem męczący. Właśnie dlatego wymyślono instytucje, konstytucję, podział władz, sądy, parlament, wybory i ograniczenia władzy.

A moment, w którym ktoś mówi: skończmy z tym chaosem, ja powiem wam, czego naprawdę chce Naród, bo ja jako jedyny to wiem i mam do tego mandat, to moment, w którym kończy się demokracja.

I dlatego zaczynam się bać.

Na ulicach pojawiły się bojówki w militarnych strojach, których nikt nie potrafi tak naprawdę okiełznać. Prezydent uzurpuje sobie prawo do przemawiania w imieniu Narodu. Skrajna prawica coraz głośniej mówi o segregacji ludzi i wielu z Polaków to nie oburza. Coraz częściej zdarzają się małe pogromy na tle narodowościowym. Jaki więc będzie następny krok panie prezydencie?

Obozy przymusowej pracy dla tych, którzy nie wsłuchują się wystarczająco uważnie w głos Narodu? Albo mają odwagę myśleć inaczej niż pan?

Panie prezydencie – niech pan nie idzie tą drogą. To jest język faszyzujący. Wodzowski. Plebiscytarny. Antypluralistyczny.

To jest język w którym przemawiali dyktatorzy. Język, który poprzedzał barbarzyństwo.

Jeden Naród. Jedna wola. Jeden człowiek, który tę wolę rozpoznaje. Jedni prawdziwi Polacy. I drudzy — ci, którym trzeba dopiero Polskę wytłumaczyć, a najlepiej narzucić?

Nie tak działa demokracja.

Cała reszta wpisu tylko ten schemat wzmacnia.

Najpierw Stany Zjednoczone. Nawrocki przedstawia sprawę tak, jakby krytyka jego tonu wobec USA była śmiechem z samej idei dobrych relacji polsko-amerykańskich. To wygodne, ale cholernie fałszywe.

Można przecież uważać USA za najważniejszego sojusznika militarnego Polski i jednocześnie nie zamieniać polityki zagranicznej w konkurs na najbardziej ostentacyjną lojalność wobec Donalda Trumpa.

Można chcieć amerykańskich wojsk w Polsce i jednocześnie pytać, czy „Fort Trump” to strategia bezpieczeństwa, czy raczej symboliczny hołd składany politykowi, który lubi hołdy.

Potem Ukraina. Tu mamy jeszcze mocniejszy chwyt. Kto krytykuje decyzje Nawrockiego, ten rzekomo stawia znak równości między prezydentem własnego państwa a prezydentem państwa, które „czci ludobójców mordujących Polaków”.

To nie jest argument. To jest przekłamanie rzeczywistości. Nawrocki stawia tezę, że jeżeli wejdziesz w spór – to nie rozumiesz polskiej krzywdy, stoisz po stronie obcych, a może w ogóle nie czujesz się zobowiązany wobec Polek i Polaków. Segregacja na patriotów i … no właśnie, na kogo panie Nawrocki? Zdrajców? Zaprzańców? Bo mają czelność mieć inne zdanie niż pan?!?!

A potem przychodzi pointa: „cieszy mnie to”. Cieszy go, że inni dojrzewają do jego racji. Tak właśnie wyobraża sobie rolę prezydenta. Jako tego wybrańca narodu, który idzie przed wszystkimi i narzuca kierunek tym, którzy jeszcze nie rozumieją. Tym, którzy mają inne zdanie, inną opinię, inne poglądy.

W państwie demokratycznym prezydent może mieć poglądy. Może być twardy. Może być uparty. Może się mylić. Może wetować ustawy, wygłaszać orędzia, zwoływać rady, podpisywać nominacje, wpływać na debatę publiczną. Ale prezydent do cholery nie jest od narzucania „woli Narodu”. Od tego są procedury demokratyczne, wybory, parlament, rząd, sądy, konstytucyjne kompetencje i granice władzy.

Prezydent nie jest Narodem. Nie jest jego wcieleniem. Nie jest jego jedynym tłumaczem. Nie jest politycznym medium, przez które przemawia jakaś czysta, pierwotna, narodowa prawda.

Jest urzędnikiem. Najwyższym przedstawicielem Rzeczypospolitej, owszem. Osobą wybraną w wyborach powszechnych, owszem. Ale nadal urzędnikiem. Z mandatem, a nie z namaszczeniem. Z kompetencjami, nie z prawem do zawłaszczenia wspólnoty.

I właśnie dlatego ten wpis jest groźny.

Groźny przez moment, w którym polityk mówi: ja wiem, czym jest Naród, ja mówię jego głosem, ja mam obowiązek narzucać jego wolę.

Tak nie mówi prezydent republiki. Tak mówi człowiek, który zaczyna mylić urząd z misją dziejową.

Najpierw tylko „narzuca się wolę Narodu” politykom, którzy stracili kontakt z rzeczywistością. Potem mediom, które „szkodzą Polsce”. Potem sądom, które „stoją po stronie elit”. Potem obywatelom, którzy „nie rozumieją racji stanu”. Na końcu okazuje się, że Naród ma coraz mniej do powiedzenia, za to władza, która mówi w jego imieniu, coraz więcej.

Nie, panie prezydencie.

Nie ma pan obowiązku narzucać woli Narodu.

Ma pan obowiązek przestrzegać Konstytucji, szanować pluralizm i pamiętać, że Polska nie należy ani do pana, ani do pańskiego obozu, ani do tych, którzy akurat najgłośniej krzyczą „Naród”.

Polska należy także do tych, którym pan chce tę wolę narzucać. Do wyborców, którzy na pana nie głosowali.

I właśnie po to mamy demokrację, żeby nikt — nawet prezydent — nie mógł o tym zapomnieć.

I lepiej, żeby pan też nie zapominał.

Bo historia zna takie przypadki. I nigdy nie kończyły się one dobrze ani dla narodu ani dla jego przywódcy.

Opublikuj komentarz