Ładowanie

Co dalej?

Spróbujmy na chwilę zerknąć w przyszłość. Pobawmy się przez chwilę we wróżenie z kart, jakie nam daje rzeczywistość.

Rosja wygrała właśnie wojnę w Ukrainie.

Kijów skapitulował. Wymuszony pokój, utrata części terytorium, pozorna neutralność z rosyjskim butem na gardle i armia – jedna z najlepszych na świecie obecnie pod dyktando Rosji. Moskwa śpi spokojnie, ukołysana błogą świadomością zwycięstwa.

Polska zaś cichnie. Oczekuje. Ogarnia ja niepewność jutra. Bo teraz nie jedna armia – rosyjska jest na jej granicy, a trzy armie. Rosia, Ukraina, Białoruś.

Granica z Rosją, wczoraj jeszcze śmiesznie krótka (210 km), nagle urosła do ok. 1 160 km. Wschód polski to teraz linia styku z nową – rosyjską rzeczywistością. Jeszcze wczoraj za tą granicą była Ukraina walcząca. Dzisiaj jest Ukraina złamana, upokorzona, wściekła i zależna od tego, co pozwoli jej robić Kreml. Albo jeszcze gorzej – na usługach Kremla.

W tym równaniu brakuje jeszcze jednego. Narastający konflikt między Polską a Ukrainą, który zaczął się kilka lat temu od historii, Wołynia, UPA, później przeszedł przez zboże, transport, uchodźców, niewdzięczność, pretensje i internetowe szczucie, przybiera niebezpieczną formę. Ukraińcy i Polacy, nakręcani przez skrajnie prawicowe ruchy po obu stronach granicy, coraz częściej i coraz mocniej obrzucają się winą za obecną sytuację.

Ukraińcy czują się zdradzeni, opuszczeni i upokorzeni. Polacy czują się wykorzystani, oszukani i wyśmiani. Jedni drugim wystawiają rachunki. Jedni drugich lżą. Jedni drugim wypominają krew, pieniądze, pomoc, historię i brak wdzięczności. Konflikt narasta. Putin się uśmiecha. Rosja triumfuje.

Nie musi już nic robić. Wystarczy poczekać, aż dwa – niegdyś przyjazne kraje, rzucą się sobie do gardeł w poczuciu historycznej krzywdy.

Unia Europejska wprawdzie próbuje deeskalować konflikt, ale niewiele może. Rozpalona przez internetowych trolli i skrajną prawicę po obu stronach nienawiść stanowi teras rów nie do zasypania. Przynajmniej nie w najbliższym czasie. Bo i Polska i Ukraina mają swoje racje. I przez wzajemną niechęć nie potrafią, nie chcą i nie mogą się dogadać.

Wewnątrz Unii rośnie napięcie. Skrajna prawica dostaje paliwo. Rosyjska propaganda dostaje paliwo. Politycy dostają paliwo. Publicyści dostają paliwo.

Czy taki scenariusz jest możliwy? A może to tylko głupawa hipoteza, dobra do straszenia ludzi w internecie?

Postanowiłem przyjrzeć się temu zagadnieniu w sposób czysto logiczny. Nie przez pryzmat sympatii albo niechęci do Ukrainy. Nie przez pryzmat moich sympatii lub antypatii do poszczególnych ugrupowań w polskiej pato-polityce. Nie przez pryzmat haseł o braterstwie narodów ani przez hasła o „banderowcach”. Zebrałem po prostu możliwe warianty, posiłkowałem się własnymi szarymi komórkami oraz obwodami elektronicznymi, a później próbowałem to wszystko przecedzić przez logikę, interesy państw, geografię, gospodarkę, bezpieczeństwo i własną intuicję.

Na stole leżą cztery możliwe scenariusze.

* Ukraina wygrywa wojnę i pozostaje Polsce przyjazna.

* Ukraina wygrywa, ale relacje z Polską stają się chłodne albo wrogie.

* Ukraina przegrywa, ale pozostaje Polsce przyjazna.

* Ukraina przegrywa i jednocześnie relacje z Polską są zatrute.

Każdy z tych wariantów prowadzi Polskę w zupełnie inne miejsce.

A więc – start!

—-Ukraina wygrywa i pozostaje Polsce przyjazna.

Ukraina po wojnie pozostaje suwerenna, silna, uzbrojona, antyrosyjska i jednocześnie rozumie, że Polska jest dla niej jednym z najważniejszych partnerów. No i nie bez znaczenia jest tu fakt sympatii Ukraińców do Polaków, sympatii za okazaną pomoc, za wsparcie militarne, za oferowanie domów. Bo przecież politycy muszą z wolą większości wyborców się liczyć.

Taka Ukraina jest dla nas strategicznym murem między Polską a Rosją. Murem, który wraz z Ukraińcami i innymi państwami Europejskimi odbudowujemy co sił, przy okazji niemało zarabiając.

Armia ukraińska zna wojnę z Rosją nie z opracowań i opisów, ale z okopów, ruin, ostrzału, dronów, porwanych dzieci i masowych grobów. To społeczeństwo, które nie tylko wie, czym kończy się rosyjska „strefa wpływów”. To społeczeństwo, które Rosji nienawidzi. Taka Ukraina nie będzie miała interesu w tym, żeby Moskwie odpuścić. Dla Polski to oznacza mniej rosyjskiej presji bezpośrednio na naszej granicy i mocniejszą wschodnią flankę Europy.

Odbudowa Ukrainy jest obecnie jednym z największych powojennych rynków w Europie. Drogi, mosty, kolej, energetyka, szpitale, mieszkania, wodociągi, szkoły, porty, magazyny, cyberbezpieczeństwo, drony, amunicja, rehabilitacja, protezy, systemy ochrony infrastruktury. Setki miliardów do wydania przez wiele lat.

Europa pomaga Ukrainie już nie bezinteresownie. Ukraina spłaca swój dług, pozwalając zarabiać na odbudowie wszystkim, którzy jej pomogli. Kraje Europy kiedyś współfinansowały Ukrainę podczas wojny, a teraz zarabiają na przywróceniu jej do normalności Niemcy widzą tam przemysł, kolej, maszyny i infrastrukturę. Francja widzi energetykę, atom, zbrojeniówkę i duże kontrakty państwowe. Wielka Brytania widzi bezpieczeństwo, szkolenia i usługi finansowe. USA widzą broń, technologie, surowce, systemy obrony powietrznej i wpływy strategiczne. Rumunia widzi Dunaj, Morze Czarne i własną rolę logistyczną.

Polska w tym układzie jest główną bramą Ukrainy do Europy. Zarabia krocie na logistyce, kolei, portach, magazynach, budownictwie, energetyce, transporcie, usługach, informatyce, bezpieczeństwie i produkcji. Jest jednym z państw, które nie tylko pomogły Ukrainie w wojnie, ale też rozsądnie weszły w jej odbudowę.

Dobre relacje z Ukrainą teraz pompują nasze PKB. Europa i Polska stają się silniejsze. Całość procesu wieńczy przyjęcie Ukrainy do Unii Europejskiej. Ukraina rezygnuje z gloryfikowania oddziałów UPA nie dlatego, że musi, ale dlatego że chce to zrobić w geście pojednania i w geście przyjaźni.

Exhumacje, nazwiska ofiar, miejsca pochówku, dostęp do archiwów, oficjalne gesty państwowe, jasne nazwanie zbrodni.

—-Ukraina wygrywa, ale staje się wobec Polski chłodna, nieufna albo nieprzyjazna.

Ukraina po wojnie pozostaje suwerenna, silna, uzbrojona i antyrosyjska, ale jednocześnie przestaje traktować Polskę jako jednego z najważniejszych partnerów. Pamięta pomoc, ale pamięta też konflikty, blokady, pretensje i narastającą niechęć. Wzajemna sympatia społeczeństw słabnie, a politycy coraz mniej czują presję, żeby tę relację pielęgnować.

Taka Ukraina nadal jest dla nas murem między Polską a Rosją. Murem, który stoi, ale który nie jest już budowany razem z nami. Murem, przy którym pracują inni, a Polska coraz częściej stoi z boku i zgrzyta zębami w bezsilności, podczas gdy inni zarabiają na tym krocie.

Armia ukraińska nadal zna wojnę z Rosją z okopów, ruin, ostrzału, dronów, porwanych dzieci i masowych grobów. To społeczeństwo nadal wie, czym kończy się rosyjska „strefa wpływów” i nadal nie ma interesu w tym, żeby Moskwie odpuścić. Dla Polski oznacza to wciąż mniejszą rosyjską presję bezpośrednio na naszej granicy i mocniejszą wschodnią flankę Europy.

Odbudowa Ukrainy jest jednym z największych powojennych rynków w Europie. Drogi, mosty, kolej, energetyka, szpitale, mieszkania, wodociągi, szkoły, porty, magazyny, cyberbezpieczeństwo, drony, amunicja, rehabilitacja, protezy, systemy ochrony infrastruktury. Setki miliardów do wydania przez wiele lat.

Europa pomaga Ukrainie. Tak jak w wersji wyżej. Z jedną – dla nas istotną różnicą.

Polska w tym układzie przestaje być główną bramą Ukrainy do Europy. Nadal zarabia na logistyce, kolei, portach, magazynach, budownictwie, energetyce, transporcie, usługach, informatyce, bezpieczeństwie i produkcji, ale teraz duża część tych zysków trafia do innych krajów. I kiedy tylko Polska może zostać pominięta, jest pomijana. Europa nie ma interesu, żeby dzielić się z nami zyskami, Ukraina podobnie. A dług wdzięczności został zasypany przez konflikty, których mogło by nie być. Ale były. Polska jest jednym z wielu partnerów, ale na pewno nie jednym z kluczowych. Wręcz przeciwnie.

Relacje z Ukrainą nie pompują naszego PKB tak jak mogłyby. Europa się wzmacnia, Ukraina się odbudowuje, ale Polska korzysta z tego w ograniczonym stopniu. Proces integracji Ukrainy z Unią Europejską postępuje, ale Warszawa odgrywa w nim drugorzędną rolę.

Sprawy historyczne pozostają nierozwiązane albo rozwiązane połowicznie. Exhumacje, nazwiska ofiar, miejsca pochówku, dostęp do archiwów, oficjalne gesty państwowe, jasne nazwanie zbrodni – wszystko to staje się przedmiotem sporów, a nie fundamentem porozumienia.

Polska zostaje z pamięcią o pomocy, kosztami i poczuciem, że Ukraina nie potrafi okazać wdzięczności. Byliśmy hubem wojny, ale nie staliśmy się hubem pokoju. Przyjmowaliśmy uchodźców, wysyłaliśmy pomoc, ryzykowaliśmy politycznie, a później duże kontrakty i realny wpływ przejęli więksi, bogatsi i spokojniejsi gracze. A wszystko dlatego, że powstał spór o wspólną historię, który można było załatwić na tysiąc sposobów, ale wybrano chyba najgorszy. Wszsytko dlatego, ze prawica w Polsce zamiast dbać o dobrostan kraju, postanowiła zadbać o kapitał polityczny, w postaci tłumów, które poddały się narracji o wykorzystywaniu nas przez Ukrainę.

Z największego przyjaciela, staliśmy się ważnym sąsiadem, później trudnym partnerem, a na końcu krajem ze spisanymi w garści pretensjami zamiast podpisanymi umowami.

Jeżeli Ukraina wygra, a Polska będzie z nią skłócona, to końcowy obraz jest prosty: Rosja zostaje odsunięta, Ukraina się odbudowuje, Zachód zarabia, a Polska zostaje z moralnym poczuciem racji i znikomym udziałem w tym, co sama pomogła stworzyć.

—-Trzeci scenariusz: Ukraina przegrywa, ale pozostaje Polsce przyjazna.

Ukraina po wojnie pozostaje państwem istniejącym, ale osłabionym, okrojonym i zmuszonym do funkcjonowania w cieniu rosyjskiej presji. Jednocześnie utrzymuje dobre relacje z Polską, pamięta pomoc i traktuje Warszawę jako jednego z najważniejszych partnerów politycznych.

Taka Ukraina nie jest już murem między Polską a Rosją. Jest raczej buforem, który istnieje, ale który nie daje realnej gwarancji bezpieczeństwa. Buforem, który trzeba wspierać, stabilizować i utrzymywać przy życiu, zamiast wspólnie z nim budować przewagę.

Armia ukraińska nadal ma doświadczenie w prowadzeniu wojny, ale jej możliwości są ograniczone. Państwo jest zmęczone, społeczeństwo wyczerpane, a potencjał militarny i gospodarczy znacznie mniejszy niż przed wojną. Ukraina rozumie zagrożenie ze strony Rosji, ale nie ma już siły, żeby skutecznie je równoważyć.

Odbudowa Ukrainy nadal istnieje jako proces, ale ma zupełnie inny charakter. To nie jest dynamiczny rynek wzrostu, tylko długotrwałe stabilizowanie państwa po przegranej wojnie. Mniej inwestycji, więcej pomocy. Mniej zysków, więcej kosztów.

Europa pomaga Ukrainie, ale robi to ostrożniej i bardziej selektywnie. Polska również angażuje się w ten proces, ale zamiast zarabiać na odbudowie, w dużej mierze dokłada do utrzymania stabilności regionu.

Polska w tym układzie pozostaje ważnym partnerem Ukrainy, ale nie czerpie z tego dużych korzyści gospodarczych. Relacje są dobre, współpraca istnieje, ale nie przekłada się to na znaczący wzrost PKB ani strategiczne wzmocnienie pozycji Polski w Europie.

Sprawy historyczne mogą być łatwiejsze do rozwiązania niż w innych wariantach. Ukraina, osłabiona i zależna od wsparcia, może być bardziej skłonna do ustępstw: exhumacje, nazwiska ofiar, dostęp do archiwów, oficjalne gesty państwowe i jasne nazwanie zbrodni stają się elementem budowania relacji.

Problem polega na tym, że nawet najlepsze relacje nie zastąpią siły. Polska ma przyjaznego sąsiada, ale nie ma już realnej zapory przed Rosją.

—-Czwarty scenariusz: Ukraina przegrywa i staje się wobec Polski nieprzyjazna.

Ukraina po wojnie pozostaje państwem słabym, okrojonym i głęboko poranionym, a jednocześnie przestaje traktować Polskę jako partnera. Narasta nieufność, pretensje i poczucie zdrady. Wzajemna sympatia społeczeństw zanika, a politycy coraz częściej wykorzystują konflikt do budowania własnego kapitału.

Taka Ukraina nie jest już murem ani nawet stabilnym buforem między Polską a Rosją. Jest niestabilnym obszarem, który generuje napięcia, konflikty i ryzyka. Obszarem, który zamiast chronić, zaczyna być źródłem problemów.

Państwo jest osłabione, społeczeństwo rozgoryczone, a przestrzeń publiczna pełna emocji, pretensji i radykalnych narracji. W takich warunkach łatwo o eskalację konfliktów, prowokacje i działania, które destabilizują region.

Rosja wykorzystuje tę sytuację. Nie musi budować sympatii do siebie. Wystarczy, że pogłębia niechęć między Polską a Ukrainą. Każdy spór, każdy incydent, każda nierozwiązana kwestia historyczna staje się narzędziem wpływu.

Odbudowa Ukrainy w tym wariancie jest ograniczona i chaotyczna. Inwestorzy są ostrożni, Europa podzielona, a Polska zamiast korzystać gospodarczo, musi koncentrować się na bezpieczeństwie i kontroli sytuacji na granicy.

Polska w tym układzie ponosi wysokie koszty. Więcej wydatków na wojsko, ochronę granic, służby i bezpieczeństwo wewnętrzne. Mniej korzyści gospodarczych. Więcej napięć społecznych i politycznych.

Sprawy historyczne nie tylko nie zostają rozwiązane, ale stają się jednym z głównych pól konfliktu. Exhumacje, pamięć o ofiarach, dostęp do archiwów i nazwanie zbrodni zamiast budować porozumienie, pogłębiają podziały.

Efekt końcowy jest najgorszy z możliwych: Rosja jest bliżej i czuje się zwycięska, Ukraina jest słaba i wroga, relacje są zatrute, a Polska zostaje z wysokimi kosztami i ograniczonymi możliwościami działania.

—-Co dalej?

UPA trzeba rozliczyć. Wołyń trzeba rozliczyć. Zbrodnie na Polakach trzeba nazwać. Ofiary trzeba odnaleźć, pochować, upamiętnić i przywrócić im nazwiska. Ukraina musi zrozumieć, że nie da się budować prawdziwego partnerstwa z Polską, jednocześnie stawiając na piedestał ludzi odpowiedzialnych za mordowanie polskich cywilów.

Nie ma tu miejsca na lukrowane komunikaty o „trudnej przeszłości”. Była rzeź. Były wsie. Były siekiery, widły, pochodnie, dzieci, kobiety, starcy i sąsiedzi mordowani przez sąsiadów. Tego nie wolno rozpuścić w europejskim sosie pojednania.

Tylko czym innym jest twarde rozliczenie historii, a czym innym robienie z historii młota do rozwalenia relacji z państwem, które zatrzymuje Rosję, przy jednoczesnym wzmacnianiu własnego poparcia politycznego. Bo polityk, który zamiast dbać o dobro kraju, dba wyłącznie o dobro własnego ugrupowania partyjnego i swój własny interes, przestaje być politykiem, a staje się sprzedawczykiem i nazywając rzeczy po imieniu – zdrajcą.

Twarda polityka historyczna to exhumacje, archiwa, nazwiska ofiar, godne pochówki, oficjalne gesty państwowe, presja dyplomatyczna i wpisanie tej sprawy w proces europejskiej integracji Ukrainy.

Robienie zaś z całej Ukrainy jednego wielkiego UPA, mieszanie Wołynia ze zbożem, uchodźcami, transportem, Zełenskim, Unią i cenami mieszkań, sugerowanie, że Rosja i Ukraina są dla Polski podobnym zagrożeniem, oraz każdą ukraińską głupotę traktowanie jak dowód na naturę całego narodu, o to nie polityka historyczna, tylko … No właśnie… Co to jest do cholery?

Polska powinna dziś robić trzy rzeczy jednocześnie.

Wspierać zwycięstwo Ukrainy nad Rosją, ponieważ silna Ukraina odsuwa rosyjskie zagrożenie od Polski.

Twardo rozliczać sprawy historyczne, ponieważ partnerstwa nie buduje się na grobach bez nazwisk.

Chronić własne interesy gospodarcze, ponieważ Ukraina w Unii Europejskiej to wielka szansa, ale też realne ryzyko dla polskiego rolnictwa, transportu i części rynku pracy.

Te cele da się pogodzić. Da się na tym ugrać wielkie pieniądze dla Polski. Jednak nie wtedy, gdy ktoś zamiast polityki państwowej uprawia polityczną ustawkę z pianą na ustach i pałką w dłoni.

Dla Polski zwycięska Ukraina, nawet trudna, zimna, niewdzięczna i upierdliwa, jest strategicznie lepsza niż Ukraina pokonana przez Rosję, nawet jeśli ta pokonana Ukraina będzie nas zapewniała o przyjaźni.

Wdzięczność nie zatrzyma rosyjskich dywizji. Sympatia nie zbuduje obrony powietrznej. Wspólne żale nie ochronią granicy.

Może tego dokonać tylko silne państwo między Polską a Rosją. Takie państwo – nawet jeżeli na początku będą między nami konflikty o historię, ciągle jest silnym buforem, a stosunki między sąsiadami – no cóż – często bywają napięte, ale przy umiejętnym prowadzeniu polityki po obu stronach prędzej czy później zwycięży chęć bogacenia się, nad chęcią udowodnienia, kto ma rację.

Trzeba więc pilnować, żeby w imię skąd inąd słusznej sprawy rozliczeń nie zbudować scenariusza, w którym Polska zostaje z Rosją silniejszą, Ukrainą słabszą, relacjami zatrutymi i własną pozycją w Europie osłabioną.

Jeśli więc ktoś używa narracji o UPA, nie w imię budowania pokoju opartego na prawdzie, a w imię zebrania głosów, co z kolei może rozwalić relacje polsko-ukraińskie w środku wojny z Rosją – niech chociaż uczciwie powie, że na jego narracji najbardziej skorzysta jego ugrupowanie polityczne i Putin. Niech też doda, że Polska na tym straci!

Wyświetl mniej

Opublikuj komentarz