Zamiast odpowiedzi na proste pytanie – atak na tyły przeciwnika. Zamiast wyjaśnień – przerzucanie odpowiedzialności za sytuację na rozmówcę. Zamiast rozmowy o faktach – szybki unik i atak na przeszłość adwersarza. Skąd my to znamy?…
Zanim przejdziemy dalej – małe ostrzeżenie. Ten tekst jest długi, a i tak nie wyczerpuje tematu. Kiedy się zacząłem w temat zagłębiać, miałem wrażenie, że to studnia bez dna, albo może rzeka z nieskończoną ilością dopływów i odpływów. Stąd wyszło trochę chaotycznie. Po dwóch dniach pracy i szukania, uznałem jednak, że mogę spróbować. I pomimo pewnej chaotyczności i tak uważam, że warto ten tekst przeczytać. W każdym razie ja – na pewno bym go przeczytał. A więcej moich tekstów możesz znaleźć na moim blogu – podwlos kropka com.
A teraz wróćmy do tego konkretnego tekstu…
Niestety tak właśnie – jak to opisałem wyżej – wygląda dziś duża część debaty publicznej. I coraz częściej tak wygląda też zwykła rozmowa czy to w kolejce w sklepie, czy w social mediach, czy wreszcie na rodzinnej imprezie.
Zauważyłem ten trend już dość dawno i uznałem za coś całkiem normalnego. Dzisiaj dotarło do mnie, że to jest dalekie od normalności.
Wystarczy wejść pod dowolny polityczny post. Ciągłe odbijanie piłki, ciągłe przerzucanie się historią, zmyślonymi faktami pomieszanymi z prawdą, coraz wymyślniejsze uniki i coraz więcej zwykłej ściemy. I coraz mniej konkretów. Coraz mniej merytoryki. Coraz mniej odpowiedzi na proste pytania. Na dłuższą metę, robi się to cholernie męczące.
I zamiast informacji mamy bełkot po obu stronach barykady, zamiast dyskusji mamy wzajemne walenie się po twarzach, zamiast odpowiedzi mamy chaos.
Unik, kontratak, zaoranie, ucieczka
Ten mechanizm nosi nazwę: whataboutism (od angielskiego what about). Po polsku można powiedzieć: „odwracanie kota ogonem”, „przerzucanie winy”, „ucieczka w kontratak”.
W logice to bliski kuzyn błędu tu quoque – „ty też”. Nie odpowiadam na zarzut, tylko próbuję wykazać, że mój przeciwnik też ma brudne ręce. A skoro też ma brudne, to ja już nie muszę myć swoich, ani tym bardziej się z tego tłumaczyć. Niech się przeciwnik tłumaczy.
Przykład z ostatnich dni – gdzie podpity jegomość, groził Ukraince sprzedawczyni z żabi, wyzywał ją od… no powiedzmy, że nie przebierał w słowach, do tego stopnia, że było to i obrzydliwe i wstydliwe. Informacja w sieci, że policja namierzyła gagatka i facet dostał zarzuty. Nota bene – to jakiś kibol, kto wie może nawet znajomy sami wiecie kogo. I jeden z pierwszych komentarzy pod filmem, oczywiście przez algorytm traktowany tak samo jak głosy oburzenia na to jak się ów kibol zachował: „A Ukrainiec, który groził Nawrockiemu?! Jego też złapali?”
A więc – typowy przykład – pojawia się temat o obrzydliwym i obraźliwym zachowaniu pijaka, oraz to, że pijaka ujęli stróże prawa, a tutaj nagle z flanki – pytanie z zupełnie innej beczki, które w domyśle podważa bezstronność policji, obnaża słabość aparatów ścigania i usprawiedliwia poniekąd tego paskudnego faceta.
I już moglibyśmy zarzucić rozmowę o agresji wobec konkretnej kobiety, o nienawiści wobec Ukraińców, o tym, że podpity facet groził pracownicy sklepu. Ciężar rozmowy zostaje przeniesiony gdzie indziej. Na inną osobę, inną sprawę, inny kontekst, inną emocję.
Taka właśnie retoryka coraz częściej pojawia się w debatach publicznych. I chcąc nie chcąc, musimy tego słuchać i to oglądać.
I tutaj – pomimo, że naprawdę chcę być bezstronny, to jednak muszę napomknąć, że tego rodzaju retorykę na wielką skalę w Polsce wprowadził PiS. Przykrywanie niedoskonałości wyolbrzymionymi przewinieniami partii konkurencyjnej stało się niemal znakiem rozpoznawczym polityków PiS – do samej wierchuszki aż do szeregowych posłów. W każdej debacie, w którymś momencie musiało paść, że za Tuska to… , albo, że Tusk, to… , albo że Platforma, to… I zawsze padało to zamiast odpowiedzi na często proste pytanie. I oczywiście – ten sposób debatowania – pewnie z racji swojej skuteczności coraz częściej też trafia do wszystkich ugrupowań politycznych. I trafia też do dyskusji w pubach, social mediach, czy na rodzinnych przyjęciach.
PiS nie odkrył Ameryki. PiS zbudował fabrykę.
Żeby było jasne: PiS tego nie wymyślił. Partie zawsze manipulowały, politycy zawsze uciekali od trudnych pytań, a człowiek od czasów głęboko prehistorycznych zawsze miał ochotę odpowiedzieć: „a on pierwszy zaczął”.
Ale w polskiej polityce to właśnie PiS wyniósł ten mechanizm na skalę przemysłową. I nie jest to tylko opinia, a efekt researchu, który każdy może sobie przeprowadzić samemu.
Tego rodzaju narracja stała się już nie sztuczką stosowaną przy trudniejszych pytaniach, ale stała się kompletnym systemem prowadzenia każdej rozmowy.
Pytanie o aferę? – A za PO…, Pytanie o nepotyzm? – A Tusk… Pytanie o TVP? – A TVN…, Pytanie o sądy? – A kasta sędziowska…, Pytanie o migrantów?, A Merkel z Tuskiem i zachodnia granica…, Pytanie o drożyznę? – A za Platformy nie było pieniędzy…, Pytanie o własną odpowiedzialność? – A wy, zdrajcy, agenci, Niemcy, Bruksela, lewactwo, układ, postkomuna, Soros i najlepiej jeszcze dziadek z Wehrmachtu.
Mógłbym tak długo… Zanudziłbym was na śmierć tą wyliczanką… No właśnie, bo debaty, które polegają na przerzucaniu piłki może są przez chwilę żywiołowe i nawet atrakcyjne, ale na dłuższą metę stają się nudne. Bo wszystkie są dokładnie takie same. A ludzi już bolą szyję od spoglądania raz na jedną, raz na drugą stronę boiska.
Taki komunikacyjny samograj i przerzucanie piłki okazał się świetną metodą narracji i prowadzenia dysput. Największego idiotę, można było postawić przed kamerą, dać mu instrukcję prowadzenia, a raczej wykolejania rozmowy i już… Wystarczy żeby taki delikwent zapamiętał sekwencję kilku zdań i jest nie do pokonania.
Co państwo zrobili w ważnej dla społeczeństwa sprawie X?
A co w tej sprawie zrobił Tusk? Przecież to przez niego znaleźliśmy się w tej sytuacji…
Ileż to takich wywiadów się słyszało…
Whataboutyzm działa. Działa tak skutecznie, że dziś korzystają z tego prawie wszyscy. Centrowi politycy też. Lewica też. Liberalne media też. Komentatorzy też. Zwykli użytkownicy Facebooka też. Ciotka popierająca Rydzyka też. Kolesie spod budki z piwem też.
Bo to jest prymitywne, ale skuteczne i bardzo bardzo proste. I zgodne z naszą naturalną tendencją do oddalania winy od siebie i przerzucania jej na przeciwnika.
Problem polega na tym, że skuteczność propagandowa nie jest tym samym, co jakość debaty. Młotek też jest skuteczny. Można nim wbić gwóźdź. Można też rozwalić komuś czaszkę. I mniej więcej to drugie dzieje się dziś z dyskusją publiczną.
Bo tego do cholery nie da się ani słuchać, ani oglądać. Bo po każdym wejściu na fb, mam ochotę wyć z racji prymitywizmu i skuteczności niektórych wypowiedzi, ale też z racji faktu, że ludzie to łykają bez popitki.
Przykład idzie z góry
Przez lata ten mechanizm sączył się z mediów, z wypowiedzi polityków, czasami z ambon.
I po latach ten mechanizm stał się czymś dla nas normalnym. Przestał być propagandową zagrywką, a stał się normą. Odruchem.
Pełen automatyzm, słyszysz, że ktoś napisał coś sprzecznego z twoim sposobem świata? Nie analizujesz, nie próbujesz odpowiadać merytorycznie. Szukasz punktu zaczepienia w obozie przeciwnym i wrzucasz tam granat – i niech się teraz „oni” martwią. To już mam wrażenie nie działa jak świadoma próba przeniesienia punktu ciężkości narracji, ale jak domyślna aplikacja do prowadzenia dyskusji.
I to jest przerażające!
Ktoś krytykuje „naszych”?
Trzeba natychmiast zaatakować „tamtych”.
Ktoś pokazuje ofiarę z niewłaściwej grupy?
Trzeba znaleźć ofiarę z naszej grupy.
Ktoś pisze o agresji wobec Ukraińców?
Trzeba zapytać, co z agresją Ukraińców wobec Polaków.
Ktoś pisze o złodziejstwie po naszej stronie?
Trzeba przypomnieć złodziejstwo po tamtej.
Nie merytoryka, tylko przerzucanie się granatem. Tylko, że taka narracja rodzi jeden problem, o którym wszyscy zdają się zapominać.
Taka narracja powoduje, że każdy polityk, dziennikarz, każdy inny uczestnik jakiejkolwiek debaty już nie musi ponosić konsekwencji za swoje błędy. Wystarczy że przerzuci granat na inne boisko. Prawdziwym problemem jest zaś to, że ktoś te konsekwencje przejąć musi. Za błędy trzeba płacić, jeżeli nie płaci za nie sprawca to…
…to płacimy za nie my. My – wyborcy, słuchacze, czytelnicy, normalni ludzie. Dajemy się ponieść temu przekazowi, sami go stosujemy, zapominając przy tym, że ten przekaz został stworzony po to, żeby unikać odpowiedzialności. Ale unikanie zapłaty za błędy nie powoduje automatycznie, że te błędy znikają. Po prostu jest to zwyczajnie przerzucenie płatności na inny podmiot. Nas.
Historia, czyli „A u was biją Murzynów”
Ten mechanizm ma długą historię. I tu trzeba na chwilę użyć historycznego cytatu, choć dzisiaj brzmi on ostro i niezręcznie.
W czasach zimnej wojny, gdy Zachód krytykował Związek Radziecki za gułagi, represje, łamanie praw człowieka i mordowanie przeciwników politycznych, radziecka propaganda miała gotową odpowiedź:
„A u was biją Murzynów” – czyli trochę historii
Nie chodziło o to, że w USA nie było rasizmu. Był. Ogromny, brutalny, wręcz systemowy. Jednak w tym przekazie chodziło o coś innego: ten argument nie służył rozmowie o rasizmie w Ameryce. Służył temu, żeby nie rozmawiać o zbrodniach ZSRR.
To jest właśnie istota whataboutismu. I to jest historia jego powstania na szeroką skalę – w skrócie.
Nie mówmy o gułagach, mówmy o rasizmie w USA.
Nie mówmy o aferze wizowej, mówmy o Tusku i zwracanych nam emigrantach z Niemiec.
Nie mówmy o agresji wobec Ukrainki, mówmy o Ukraińcu, który miał grozić komuś innemu.
Nie mówmy o naszym kryzysie, mówmy o waszych ośmiorniczkach.
Brzmi znajomo?
Powinno.
Rosyjskie farmy trolli nie wymyśliły tego schematu. One go dopracowały i wyszlifowały.
Współczesna rosyjska propaganda nie polega tylko na tym, żeby przekonać ludzi do jednej wersji wydarzeń. Bardzo często chodzi o coś znacznie prostszego i bardziej destrukcyjnego: zrobić taki chaos, żeby żadna wersja nie wydawała się wiarygodna. Jakże to prost i jakże skuteczne. Bo w takim chaosie już nie wiemy co jest prawdą, co nią nie jest i dokonujemy wyborów nie na bazie logiki, ale na bazie emocji.
A tymi steruje się łatwiej niż faktami.
Nie musisz udowodnić, że Kreml mówi prawdę. Wystarczy, że przekonasz odbiorcę, że wszyscy wokół kłamią, a wtedy Kreml nie jawi się jako coś złego, ale jako coś dokładnie wpasowującego się we współczesną politykę i współczesny świat.
Czyli, nie wygrywasz debaty argumentacją, ale tak ją rozmywasz, że już nawet prowadzący nie jest pewien o co chodzi. I wtedy możesz prowadzić swoją narrację, bo nikt nawet nie zwróci uwagi, że mówisz kompletnie nie na temat.
Z przecieków, śledztw i raportów dotyczących rosyjskich farm trolli wynika, że to nie są wyłącznie spontaniczni idioci siedzący w piwnicy. To normalna praca: zmiany, konta, persony, tematy dnia, gotowe emocje do wywołania, gotowe konflikty do podkręcenia. I gotowe szczegółowe instrukcje odnośnie narracji, tworzenia kont, uwiarygodniania ich etc.
Jednego dnia migranci. Drugiego Ukraina. Trzeciego ceny żywności. Czwartego „zdrada elit”. Piątego „zachodnia hipokryzja”. Szóstego „wojna nie jest nasza”. Siódmego „Polacy są wykorzystywani przez Ukraińców”.
I tak się to powiela. Konta trolli stają się coraz bardziej wiarygodne. Kiedyś to było po prostu konto bez znajomych, bez historii, bez zdjęć rodzinnych. Teraz to się zmienia. Jest rodzina, są zdjęcia z wakacji, są znajomi, są posty o kotkach… Czasami, żeby zidentyfikować takie konto – co zdarzyło mi się kilka razy robić – trzeba wejść na konto kontaktu z tego konta, poszukać znajomych z owego kontaktu, i tak po kilku razach okazuje się, że wszystko kręci się wokół tych samych kont, tych samych osób, powielających te same treści. Albo, że kontakt kontaktu już nie ma żadnych kontaktów, adresów i zdjęć kotków. I podobnie inne kontakty, kontaktów. Kiedyś np zidentyfikowałem trolla, który podał dane swojej żony. Tyle, że wykorzystał dane istniejącej osoby. I dane się kompletnie nie zgadzały, co potwierdziła owa pani, po tym jak do niej napisałem.
Do tego dołóżmy fakt, że konta trolli powodują, że ich narracja przesącza się do naszych umysłów. Tam pracują nad tym psycholodzy, żeby tworzone treści były „łatwo przyswajalne” i „łatwo powtarzalne”.
Więc prawdziwe trolle z fałszywych kont otaczają się rosnącymi gromadkami fałszywych trolli z prawdziwych kont. I tak internet staje się tubą propagandową jednej, głównej narracji ubranej w różne pod-narracje. Tak się wygrywa wybory, tak się wpływa na politykę, tak się steruje umysłami ludzi. Tak się wygrywa wojny.
I cały czas ten sam mechanizm: nie wyjaśniać, tylko jątrzyć. Nie porządkować, tylko mącić. Nie dopuścić do sedna, tylko mieszać w tyglu.
Nie ma się zatem co dziwić, że później zwykli ludzie zaczynają mówić językiem trolli, nawet sobie z tego nie zdając sprawy. Z obywateli przekształcają się w trolli nawet o tym nie wiedząc.
Prawica robi to częściej? Niestety, wiele wskazuje, że tak.
Żeby nie było – to nie jest narzędzie wyłącznie prawicowe.
Lewica też potrafi uciekać w „a kolonializm?”, „a kapitalizm?”, „a USA?”, „a Kościół?”, „a Izrael?”, „a patriarchat?”. Centrum też potrafi. Liberałowie też potrafią. Każde plemię ma swoje święte wymówki i swoje ulubione pałki.
Ale badania nad dezinformacją i komunikacją polityczną coraz częściej pokazują, że radykalna prawica populistyczna jest szczególnie chętna do używania takiego stylu: silne emocje, wróg, zdrada, oblężona twierdza, pogarda dla instytucji, podważanie mediów, podważanie ekspertów, podważanie samej możliwości ustalenia faktów.
I znowu, to nie znaczy, że każdy prawicowiec kłamie. Sam znam kilku ludzi, oddanych PiS-owi, których szanuję za prawdomówność i o ile nie zgadzam się z ich poglądami, to po prostu im ufam. (Rafał D., jeżeli to czytasz, to wiedz, że Ciebie z pewnością do tej grupy zaliczam)
Ale z drugiej strony to jednak znaczy, że współczesna radykalna prawica bardzo często buduje politykę na mechanizmie: „nie ufaj nikomu poza nami, wszyscy inni są skorumpowani, zdradzieccy albo obcy”. Radykalizm podniesiony do rangi wiary.
W takiej logice każdy atak, każdy zarzut wobec „naszych” jest atakiem na plemię. A każdy atak na plemię trzeba natychmiast odbić. Najlepiej siłą całego plemienia. I nie prawdą. Kontrą. Przerzuceniem piłki, lub granatu na teren przeciwnika.
I to działa bo jest proste i przez to skuteczne.
Już dzieci potrafią się licytować: Twój tata jest głupi, – A twój jest grubszy; Twoja zabawka jest brzydka, – A twoja zepsuta i tak dalej.
Zabawne jest to, że ten poziom dyskusji między dziećmi niespecjalnie odbiega poziomem od debat wśród polityków. Różnica jest taka, że oni są w garniturach i używają bardziej „dorosłych” słów.
Wrażliwość na tego typu praktyki praktycznie w społeczeństwie nie istnieje. A powinna. Powinno sie o tym uczyć w szkołach – i kiedyś się uczyło. Powinno się to też powtarzać dorosłym. Ale… po co? Skoro tak jak jest, jest wygodniej?
Szkoła przez lata pompuje encyklopedyczną wiedzę, a nie uczy myślenia, rozmowy i rozpoznawania manipulacji.
Social media i ich algorytmy premiują gniew, skrót, szyderę i konflikt.
Dlaczego tak jest?
Może dlatego, że politycy odkryli, iż człowiek wzburzony jest łatwiejszy do prowadzenia niż człowiek spokojnie analizujący fakty.
Może dlatego, że algorytmy uwielbiają awanturę.
A może dlatego, że ta metoda naprawdę działa. Oddala zagrożenie, przerzuca piłkę na połowę przeciwnika i zmusza go do tłumaczenia się z czegoś, co w ogóle nie było tematem rozmowy.
To jest brudne. Ale skuteczne.
Problem w tym, że skuteczność ma cenę.
Ceną jest chaos.
Nie umiemy już utrzymać jednego tematu przez pięć minut. Meritum znika po kilku sekundach. Każda rozmowa zamienia się w wojnę plemienną. Każda sprawa w pretekst. Każda ofiara w amunicję. Każdy fakt w pałkę.
Ktoś został pobity?
Najpierw sprawdzamy narodowość.
Ktoś ukradł?
Najpierw sprawdzamy partię.
Ktoś kłamie?
Najpierw sprawdzamy, czy jest „nasz”.
Ktoś groził kobiecie w sklepie?
Najpierw sprawdzamy, czy da się to przykryć inną historią, wygodniejszą dla naszego obozu.
I tak dochodzimy do momentu, w którym prawda przestaje być celem rozmowy. Celem staje się wygranie starcia.
To już nie jest debata. To jest ustawka. Temat skądinąd znany co poniektórym współczesnym politykom.
Czy naprawdę chcemy mówić językiem farm trolli?
Najbardziej niepokojące jest to, że metody stworzone dla wojny informacyjnej zaczynają być normalnym językiem polityki.
Kiedy robią to rosyjskie farmy trolli, wiemy przynajmniej, z czym mamy do czynienia. To strategia. Broń informacyjna. Celowe zatruwanie przestrzeni publicznej.
Ale kiedy zaczynają robić to liderzy partii, ministrowie, prezydenci, posłowie, dziennikarze i zwykli użytkownicy social mediów, wtedy problem robi się dużo poważniejszy.
Wojna informacyjna przestaje być czymś zewnętrznym.
Zaczyna mieszkać w naszych głowach i wpływać na nasze zachowania. Na nasze postrzeganie świata.
I jeśli każda rozmowa ma wyglądać tak, że po pierwszym niewygodnym pytaniu słyszymy „a u was jest gorzej”, to za chwilę nie będzie już żadnych rozmów. Będą tylko wzajemne akty oskarżenia, odpalane automatycznie jak tanie fajerwerki na wiejskim festynie. A może już tak jest?
I to jest szalenie niebezpieczne.
Społeczeństwo, które nie potrafi rozmawiać o faktach, nie potrafi też rozwiązywać problemów. A społeczeństwo, które każdy problem zamienia w plemienną wojnę, w końcu zaczyna traktować przeciwnika nie jak rozmówcę, tylko jak wroga.
I to się dzieje. Tu i teraz. Ludzie o innych poglądach przestają być adwersarzami, a stają się wrogami. Obrażamy ich na razie głównie słowami. Ale od słów do czynów, a od czynów do mordów droga bywa często dużo krótsza niż się można spodziewać.
I jeżeli dotarłeś czytelniku do tego miejsca, to napiszę jeszcze tak.
Ten temat jest szalenie trudny do opisania go w jednym artykule.
Artykuł jest długi i pewnie nudny, ale prawdziwy i oparty na faktach i poszukiwaniach.
Ale to wszystko nie jest istotne. Istotne jest to, żebyś to ty czytelniku nie tylko nauczył się odsiewać prawdę od manipulacji, ale żebyś też starał się czasem uświadamiać innych. Nie poprzez awanturę, a poprzez prawdziwą, popartą argumentami dyskusję.
A jeżeli mój czytelniku popierasz PiS, KO, Konfederację, czy inne ugrupowanie, to zrób sobie analizę. W końcu narzędzi do tego jest teraz bez liku. Kto częściej oszukuje. Kto częściej manipuluje. Kto ucieka od faktów serwując ciągle tematy zastępcze.
Ja taką analizę zrobiłem. Mógłbym tu wkleić tabele z konkretnymi liczbami. Ale – w dzisiejszym bałaganie, albo mi nie uwierzysz, albo uwierzysz, w obu przypadkach bezkrytycznie. Więc zrób to sam. I podziel się wnioskami w komentarzu. Albo w ogóle gdzieś się nimi podziel.
A na koniec przyjmij podziękowanie, że dobrnąłeś do końca tego tekstu. Mnie on kosztował trochę pracy. Więc tym bardziej to doceniam.
I jeszcze, jeżeli następnym razem, kiedy ktoś odpowie na konkretny zarzut tekstem „a u was…”, warto temu ktosiowi zadać jedno proste pytanie: czyli rozumiem, że na ten konkretny temat nie masz nic do powiedzenia?



Opublikuj komentarz