Polska elektromobilność to festiwal hipokryzji. Z jednej strony plakaty z zielonym listkiem, z drugiej – kominy Bełchatowa. Należy to powiedzieć głośno i wyraźnie: w polskich warunkach samochód elektryczny jest zasilany węglem. I generuje tyleż samo zanieczyszczeń co stary diesel.
To nie opinia. To fakt wynikający z miksu energetycznego.
Rura wydechowa w „elektryku” nie znika. Ona jedynie się wydłuża. Zamiast wystawać ze zderzaka, ciągnie się kilometrami do elektrowni. To nie eliminacja, a teleportacja spalin. Zamiast dymić w centrum miasta, dymi się na jego obrzeżach, albo gdzieś jeszcze dalej. Fizyki nie da się oszukać marketingiem – w Polsce prąd w gniazdku nie bierze się z powietrza, tylko ze spalania węgla brunatnego.
Wliczając koszt energetyczny produkcji baterii, na ekologiczny sens takiego pojazdu w Polsce trzeba poczekać kilka, a może i kilkanaście czy kilkadziesiąt lat. Obecnie to tylko droga zabawka z przesuniętą do elektrowni emisją.
Czy to oznacza, że projekt „elektromobilność” to oszustwo i ślepa uliczka?
Bynajmniej. To bolesny, kosztowny, ale niezbędny etap ewolucji. Każdy przełom technologiczny na początku wyglądał groteskowo.
Przykłady? Proszę bardzo.
Londyn w łajnie Rok 1894. Londyn tonie w końskim oborniku. Miasto jest sparaliżowane. Rozwiązaniem okazuje się samochód spalinowy. Wczesne modele były głośne, awaryjne i wybuchały. W starciu z koniem przegrywały niezawodnością i ceną. A jednak to one uratowały miasta przed utonięciem w nieczystościach. Przy okazji generując nowy problem – smog. Cena postępu…
Telefonia mobilna Lata 90. Pierwsze telefony komórkowe. Wielkie, ciężkie, z baterią na 20 minut rozmowy. Kosztowały majątek, oferując ułamek możliwości budki telefonicznej. Z punktu widzenia ekonomii – absurd. Ale to nabywcy tych „bubli” sfinansowali rozwój technologii. Ich pieniądze pozwoliły na miniaturyzację. Bez tamtych „frajerów”, nie byłoby dzisiejszych smartfonów.
A więc, co?
No nie bądź pan głąb, fizyki pan nie oszukasz… Ten kabaretowy cytat, ze skeczu z Janem Kobuszewskim świetnie tu pasuje. Silnik spalinowy to technologiczny trup. Osiągnął kres możliwości termodynamicznych. Dalsza walka o jego sprawność to pudrowanie nieboszczyka. Będzie trochę lepiej, ale i tak nic to nie zmienia. To proste – większość energii z paliwa zamienia się w bezużyteczne ciepło. To droga donikąd. Bo fizyka.
Samochód elektryczny, nawet zasilany węglem, ma jedną miażdżącą przewagę: jest elastyczny. Nie obchodzi go, skąd płynie prąd.
Dzisiaj polska sieć jest brudna. Ale za dekadę, a może dwie, gdy powstaną elektrownie jądrowe i morskie farmy wiatrowe, a może jeszcze coś innego, struktura produkcji energii ulegnie zmianie. Samochód pozostanie ten sam, ale jego ślad węglowy spadnie drastycznie. Diesel za 10 lat będzie tym samym trucicielem, co dziś. Choć nie… będzie większym trucicielem, bo przecież w ślad za zużyciem silnika idzie też większa emisja spalin.
Kupno elektryka w 2025 roku w Polsce nie ratuje planety „tu i teraz”. To inwestycja w infrastrukturę. To finansowanie zmiany paradygmatu.
Więc kupując elektryka jesteś frajerem… Frajerem, który inwestuje w przyszłość wszysktich, nawet tych nadmiernie wierzących w tzw. „chłopski rozum”.
Jeździmy na węgiel. Pełna zgoda. Ale to jedyny sposób, by w przyszłości przestać jeździć na ropę.



Opublikuj komentarz